urodzinki u kuzyna Julci

Urodzinki były w niedzielę, ale Julcia jest w domciu bo ma ferie i nie mam za wiele czasu na uzupełnianie informacji na bieżąco :)
W każdym razie imprezka była więc warto wspomnieć – było pyszne jedzonko (jak zawsze u Cioci :) ) sympatycznie, wesoło i głośno, jak to z dziećmi :) Julcia jak zwykle w takich chaosie zamienia się w czujnego obserwatora, kiedyś płakała, ale teraz po prostu obserwuje, choć widać, że czasem się przestraszy jak ktoś głośniej krzyknie. Myślę, że troszkę jednak napięcia się w niej skumulowało, bo w nocy miała atak…
W sumie ostatnio w ogóle padaczka daje znać o sobie… przez dwa miesiące był spokój a teraz od dwóch tygodni już kilka napadów nam się zdarzyło, w tym jeden dziś w nocy, dosyć mocny, podobno coś się dzieje z ciśnieniem, ale nie wiem czy w przypadku padaczki cokolwiek ma wpływ na napady… to dosyć nieprzewidywalna i podstępna choroba.

czas spać :) dobranoc

nieoczekiwana wyprawa na łyżwy :)

Zapowiadał się spokojny sobotni wyjazd na wieś do Babci i Dziadka z okazji ich święta… Jedyne co mogłoby go ewentualnie zakłócić to masakryczny mróz, który na wsi jest zdecydowanie bardziej dokuczliwy… Tak więc też spokojnie i o czasie (co dosyć zbiło z tropu moją Mamę, gdyż zawsze się po nią spóźniamy…) zjawiliśmy się na miejscu. Pyszny obiadek już na nas czekał, więc szybciutko zasiedliśmy do pięknie nakrytego stołu, nie było wcale zimno, Dziadek mocno napalił w piecu i kominku, Małysz skakał, a my sobie wesoło rodzinnie spędzaliśmy czas :)


Mój brat w międzyczasie wskoczył w łyżwy które ze sobą przywiózł i pojeździł nieco na zamarzniętym stawie obok domku a my (oprócz mojego męża, który robił mu zdjęcia) w ciepełku patrzyliśmy przez okno na jego wyczyny, całkiem zresztą niezłe :)

Dołączył też do nich Dziadek, który zasuwał na łyżwach jakby miał 20 nie 80 lat :) kochany nasz Dziaduszek! chciałabym mieć tyle energii co on i Babcia…

Chłopaki wrócili do domku, Babcia postawiła pyszny jak zwykle torcik i zrobiliśmy kawkę, ale nie wiedziałam, że nie będzie mi dane kawki wypić do końca… bo padło równie szybkie co szalone hasło mojej Mamy – idziemy na łyżwy (konkretnie to jedne, bo Łuki miał ze sobą jedną parę… :) )
-16 st na dworzu a ja w płaszczyku i kozaczkach, bo przecież nie przewidziałam że spędzę na zewnątrz więcej czasu niż kilka sekund potrzebnych na przejście z samochodu do domku… Babcia poratowała mnie ciepłymi skarpetkami i sweterkiem, ale sama została z Julcią, bo dla nich zdecydowanie za duży taki mróz na spacerki.
No i poszliśmy, ja, mój mąż, Mama, brat, kuzyn i Dziadek :) pouzbrajani w multimedia do uwiecznienia tego niecodziennego bądź co bądź, wydarzenia :)


Ponieważ staw był cały ośnieżony i ciężko było jeździć, poszliśmy kawałek dalej na Nogacik – rzeczkę taką niedaleko płynącą, bardzo mocno zamarzniętą.
Pierwszy zasuwał brat, on to jak zawodowiec, skoki, piruety, szybko śmigał w tą i z powrotem :) Schody się nieco rozpoczęły jak łyżwy postanowiła założyć Mama… :) najpierw trzeba je było zdjąć bratu, co przysporzyło nie co kłopotu…

a Mama coż… asekuracja była konieczna bez przerwy, ale dzielnie próbowała ruszać do przodu i powoli powoli mogliśmy nieco zwolnić uściski wokół Mamy ramion ale broń Boże nie puścić! :)

Mój mąż konsekwentnie uwieczniał każdy ruch (czy zresztą wykpił się od założenia łyżew i spróbowania samemu…) to samo robił Dziadek, który w końcu postanowił jednak wrócić do domu, na wypadek gdyby jacyś sąsiedzi postanowili nas poobserwować (wiadomo obciach na dzielnicy jest najgorszy…)
No i przyszła kolej na mnie – ja łyżwy miałam ostatnio na nogach mniej więcej w szkole podstawowej i to wczesnej… także efekt był podobny jak u Mamy – chciałam jechać do przodu ale moje nogi niekoniecznie były tego samego zdania… :) wsparta na silnych ramionach brata i kuzyna, a później też przy asekuracji męża, jakoś łapałam równowagę próbując opanować nie tylko łyżwy ale też głównie śmiech… :)

Nawet później pojeździłam nieco sama, ale mój mąż był cały czas w pogotowiu, bo zdecydowanie pewniej się czułam niż wyglądałam :) (taki wniosek wysnułam na podstawie oglądanych później wspólnie zdjęć z tego zamieszania :) )


Bardzo dobrze, że Julcia w tym czasie sobie tam z Babcią w ciepełku siedziały i bawiły się wesoło :)
A nam wesoło też było, całkiem nawet mocno wesoło! bawiliśmy się jak dzieci i to w tym wszystkim było najfajniejsze :) a największy ubaw był jak oglądaliśmy zdjęcia i filmiki z wyprawy na łyżwy, bo co innego przeżywać coś a co innego patrzeć jak się przeżywa :)
Także polecam serdecznie chwilę zapomnienia, bo na dobrą zabawę w świetnym towarzystwie nigdy nie jest za późno :)

Dzień Babci i Dziadka :)))))

Nadszedł jak co roku i jak co roku było bardzo sympatycznie :)
Babcie Julci świętowały razem z nią w przedszkolu, a konkretnie w OREWie (różnica jest o tyle istotna, że świętowały też Babcie i Dziadkowie całkiem “nieprzedszkolnych” dzieci, uczęszczających do ośrodka).


Było wesoło, tłoczno (jak co roku frekwencja była ogromna), słodko (pyszności stały na stołach zachęcając do skosztowania), przesympatycznie, a nawet multimedialnie gdyż puszczane były filmy nakręcone na zajęciach z w poszczególnych grupach i zdjęcia z imprez ośrodkowych. Dzięki temu mogłam zobaczyć jak Julcia je drugie śniadanko i jak wącha coraz to inne rzeczy podtykane pod nosek w ramach terapii zajęciowej w kuchni oraz jak obserwuje jak to się piecze chlebek i bułeczki podczas wizyty w jednej z naszych lokalnych piekarni.

W sumie pewnie niektórzy się zastanawiają cóż ja robiłam na dniu Babci w przedszkolu?… – otóż obserwowałam… (bardzo lubię takie imprezki), towarzyszyłam mężowi robiącemu zdjęcia :) i poplotkowałam z kilkoma spotkanymi przy okazji koleżankami a to też ważna sprawa…
I bardzo się cieszę bo gdzie bym obejrzała wspomniane filmiki?!… W sumie to też myślałam, że będzie potrzebne duchowe wsparcie Julci Babciom, ale Babcie już zaprawione w boju, już drugi raz na takim spotkaniu, także bawiły się doskonale :) buziaczki dla Was! i dla Dziadków też przy okazji!

Julcia generalnie nie przepada za tego typu imprezkami, ale wtulona cały czas w Babcię Danusię (jak obok widać) zniosła wszystko dzielnie i oglądała filmiki i zdjęcia :)

Pod wieczór byliśmy z wizytą u naszej Babci, a konkretnie męża, zjedliśmy pyszne ciacho, pogadaliśmy sobie i znowu Julcia poszła późno spać bo się zasiedzieliśmy :) Do tego była strasznie rozbawiona bo ostatnio najśmieszniejsze na świecie jest to jak Tata kręci kierownicą! Julcia jak wsadzam ją do fotelika już ma uśmiech na twarzy a z czasem aż nie może powietrza złapać ze śmiechu (i po co inwestować w DVD samochodowe :) ) człowiek jeździ tyle lat i nie zdaje sobie sprawy z tego, jak przezabawne jest kręcenie kierownicą ! :) dobrze, że dzieci są w tych sferach bardziej zorientowane :) (Tata nawet twórczo na fali wymyślił krótką pioseneczkę pod to konto, żeby nie było tak monotonnie :) ) Julcia zanosi się śmiechem, a każdy większy zakręt to istna komedia:) i super ale o godz 21 po takim śmiechu średnio chciało się jej spać i już potem wszystko ją śmieszyło, łącznie z “dobranoc słoneczko” po którym to wybuchała szczerym śmiechem… no cóż, znowu szykuje się ubieranie rano córci w stanie nazwijmy to “półśpiącym”… :)

saneczki

Kontynuując dobrą passę rozpoczętą na ostatnim turnusie w Małym Gacnie, jak tylko przyszedł weekend, wybraliśmy się z Julcią na saneczki. W końcu jak leży śnieg, sanki zaliczone być muszą, szczególnie przez 5-letnią dziewczynkę :) dla Julci to frajda – ładnie siedziała ze mną na saneczkach, Tata dzielnie nas ciągnął, póki starczyło mu sił i tchu (a starczyło na jakieś cztery okrążenia po parku :) )
w międzyczasie (jak widać obok) była też zamiana – Tata siedział z Julcią na sankach a ja ciągnęłam – nieco krócej – jakieś pół okrążenia…
w każdym razie było wesoło, mroźno i biało, czyli tak jak powinno być na sankach.
Julcia nie siedzi sama, więc trzeba jechać z nią na saneczkach, pewnie gdyby mogła, byłoby nam wygodniej, ale jaki wtedy mielibyśmy pretekst do tego, żeby samemu pojeździć :) mój mąż stwierdził, że nie pamięta kiedy ostatnio siedział na sankach, ja pamiętam w sumie, bo jeździłam w Gacnie (i podobno miałam największy ubaw…) ,bądź co bądź, co sobie pojeździliśmy to nasze :) to bardzo dobry sposób na spędzenie zimowego weekendowego poranka – polecam :)

Tata oprócz funkcji ciągnącego sanki pełnił też oczywiście funkcję fotografa, stąd (jak zwykle :) ) zdjęć nie brakuje :)

jeszcze małe poprawki jedna i druga nóżka – musi być porządnie :)

a potem już tylko zabawa z Mamusią i z Tatusiem:

wujki :)

wiem, że o moich braciach – wujkach Julci już sporo pisałam ale od tego wujki są a do tego to naprawdę kochane chłopaki! :) wysyłałam właśnie e-mailem zdjęcia ze Świąt moim rodzicom (fakt, za szybka to nie jestem…) i znalazłam mnóstwo zdjęć Julci z wujkami ze Świąt właśnie. Pomyślałam sobie, że szkoda, żeby leżały na dysku jak mogę troszkę wyciągnąć na światło dzienne :) (komputerowe konkretnie) i dlatego niniejszym zamieszczam troszkę :) Czas też szczególny bo jeden z moich braci wyjechał na krótko przed Sylwestrem do Holandii szukać pracy i nie wiadomo kiedy się zobaczymy. Tęsknimy Adaś mocno za Tobą! :) Drugi jest na miejscu, ale już też kiedyś wyjechał na dłużej do Anglii do pracy i też tęskniliśmy… Ale wtedy nie miałam blogu a teraz mam :) i mogę powrzucać zdjęcia a co! :)
Cały czas tęsknimy za Dziadkiem który jest w Anglii już pięć lat, ale na szczęście od czasu do czasu przylatuje (teraz będzie u nas w lutym). Wielkie buziaczki dla Dziadka!!!

a oto i zdjęcia:

małe wygłupy = dużo śmiechu :)

były też tańce:

WOŚP

Finał był kilka dni temu, więc mam trochę obsuwy… dlatego szybciutko!:
Byliśmy oczywiście solidarnie wspomóc inicjatywę, sprzęt zakupiony dla naszego lokalnego szpitala przez WOŚP znacznie zwiększył Julci szanse na przeżycie zaraz po urodzeniu i do tego sprawił, że ten czas był zdecydowanie bardziej znośny niż gdyby sprzęt był mniej nowoczesny.

Nie straszny był nam siarczysty mróz (do czasu jak już się zrobił straszny, wtedy poszliśmy do znajomych na ciepły obiadek…) a trzeba przyznać, że pogoda była wyjątkowo mało zachęcająca, przynajmniej z punktu widzenia spacerku z Julcią.

Trochę zdjęć jednak zdążyliśmy zrobić (jakże by inaczej :) )

Żałowałam tylko, że nie mogłam pójść na światełko do nieba, bo to zawsze piękne widowisko, ale dla Julci zdecydowanie za późna godzina. Na szczęście nasz Tatuś zrobił tak piękne zdjęcia (żeby nie było, że zmyślam – zamieszczam poniżej) że w pełni oddały nastrój i piękno sztucznych ogni. Jakże pięknie wyglądała nasza Starówka na ich tle.

koniec turnusu

i dobiliśmy do końca turnusu :) Julcia wymęczona, wyćwiczona ale szczęśliwa :) w końcu wszędzie dobrze ale w domu najlepiej!
w kwestii ogólnej oceny w kategoriach społeczno-integracyjnych – był to naprawdę najlepszy turnus na jakim kiedykolwiek byłam (a byłam już na 15 więc bądź co bądź porównanie mam :) ) i oczywiście chciałam serdecznie pozdrowić wszystkich którzy się do tego przyczynili i którzy na pewno wiedzą że o nich chodzi :)
no ale wiadomo, że za dobrze być nie może, więc zdarzyły się też i stresujące momenty, ale myślę (a właściwie teraz to już chyba nawet wiem…) że bilans zysków i strat wyszedł dodatnio. A Nowy Rok to przecież bardzo dobra pora na bilans.
w każdym razie wyjeżdżać było żal zdecydowanie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej i też pożegnania były smutniejsze (choć te akurat wesołe raczej nigdy nie są… ) do tego doszedł stres związany z niezbyt (delikatnie mówiąc) dobrymi warunkami pogodowymi na trasie, ale na szczęście wszyscy szczęśliwie dojechali do domów.

Martwi mnie jeszcze tylko fakt, że od dobrych kilku dni naprawdę niewiele jem, zwyczajnie nie mam ochoty, zaczęło się już na turnusie (a tam niejedzenie z reguły było bardzo trudne, szczególnie dla mnie) i jakoś tak mi jeszcze zostało… z reguły reaguję w ten sposób na stres ale jakoś nie trwało to nigdy tak długo…
ale jest i dobra tego strona – miałam schudnąć troszkę więc może to dobry początek :) takie postanowienie noworoczne :) w sumie to nie potrzebuję dużo, dosłownie parę kilogramów…

Tak to już jest – niektórzy postanawiają rzucić palenie, niektórzy schudnąć… :) także zarówno sobie jak i tym niektórym życzę powodzenia :)

Julcia wróciła do przedszkola, mam nadzieję, że szczęśliwa, w każdym razie na pewno wyćwiczona :) w ogóle jest ostatnio inna, w pozytywnym tego słowa znaczeniu – taka radośniejsza i bardziej kontaktowa, częściej się odzywa (po swojemu czyli wokalizuje sobie coś tam) nawet próbuje powtarzać i często wychodzi jej to bardzo zabawnie i słodko a w nas rośnie nadzieja, że może kiedyś coś powie…
pani logopedka mówiła na turnusie, że tam po swojemu z nią śpiewa :)

Przed wyjazdem na turnus Panie z przedszkola mówiły, że Julcia jest ospała, że nieobecna i ogólnie zmieniona i też w to widziałam, ale teraz jest zupełnie inaczej i niech już tak zostanie :)

i jeszcze kilka zdjęć z turnusiku:

pogoda sprzyjała więc wybraliśmy się na saneczki, jak widać ani fakt iż słońce już nieco zaszło, ani masakrycznie wręcz mroźne powietrze (tego w sumie nie widać…) zupełnie nam nie przeszkadzały :) (chociaż może nie będę się tu wypowiadać w imieniu ciągnących sanki…)
w każdym razie obydwie Julcie były jak widać odpowiednio opatulone i gotowe do drogi :)

i jeszcze dwa zdjęcia z trasy :)
Julcia sama nie siedzi, więc jeździłyśmy razem

ćwiczenia na sali:

no to pięknie!…. :)

tytuł postu jest zdecydowanie myślą przewodnią obecnego turnusu, a że wynika z humoru iście sytuacyjnego, więc nie będę nawet próbować go tłumaczyć na łamach blogu :) zainteresowane osoby na pewno będą w temacie :) może to nieładne tak pisać coś, co jest zrozumiałe tylko dla wąskiej grupy odbiorców, ale po prostu nie mogłam się powstrzymać… :)

Julcia ćwiczy i ćwiczy, jest raczej pogodna, mniej już zmęczona, chyba przyzwyczaiła się już do ostrego tempa rehabilitacji, jakie tu panuje. Rehabilitanci są z Julci zadowoleni, pani logopedka i pedagog też, Julcia ładnie pracuje, troszkę się buntuje ale minimalnie. Dziś po raz pierwszy od dawna nie musiałam z rana czyścić jej noska, także jest szansa, że katarek w końcu sobie Julcię odpuści w najbliższym czasie…

siedzę w pokoju i marznę (otworzyłam okno a mróz niemały…) ale siedzę dzielnie bo trzeba coś naskrobać a jak wyjdę z pokoju to już przepadłam :) a pokój wywietrzyć trzeba obowiązkowo!
a apropos mrozu (który jak już wspomniałam jest straszliwy), to zaliczyliśmy mimo to spacerek i nawet sanki, bez Julci niestety bo miała zajęcia, ale za to ja się załapałam, a na sankach nie jeździłam już nie wiem jak długo :) ale mróz konkretny więc za długo nie byliśmy.

zdjęcia ze spacerku i sanek oczywiście są :)

grupowo

w grupie raźniej :)

rodzinnie :)

słodko :)

i indywidualnie

cieplutko :)

i na koniec Mama :)

jupiii!

tzw “Sylwestrowy” :) turnus w Małym Gacnie

co prawda jesteśmy już jakiś czas na turnusie (dokładnie od 27.12) ale jakoś do tej pory nie umiałam się zorganizować na napisanie kilku słów na ten temat. Przede wszystkim jednak:

Wszystkiego Najlepszego w Nowym 2010 roku!!!!!

a konkretniej nadziei, siły, cierpliwości, radości i wytrwaniu w realizacji postanowień noworocznych :)

a mówiąc o postanowieniach – nawet kilka mam, choć z realizacją może być różnie… przede wszystkim po obejrzeniu zdjęć z Sylwestra (o nim później) chcę schudnąć (nieco trywialne i oklepane). Nie żebym  była jakaś za duża, ale gdzieniegdzie trzeba zrzucić kilka kilogramów i taki jest mój cel. Wygląda na to, że nawet może mi się to udać bo ostatnio mam mały apetyt i mniej jem, co na turnusie w Neuronie raczej się wcześniej nie zdarzało… więc trzeba korzystać póki organizm sprzyja, bo z silną wolą u mnie bardzo kiepsko…

Inne postanowienia są jeszcze nie do końca dopracowane, także nie będę się tu z nimi rozpisywać :)

No ale jesteśmy na turnusie jak już wspomniałam więc Julcia dzielnie ćwiczy, jest nieco bardziej zmęczona niż zwykle ale humorek jej dopisuje i raczej nie buntuje się mocno, więc jest dobrze. Ma więcej ćwiczeń niż zwykle bo wzięłam jej kilka dodatkowych, także plan dnia wypełniony. Ledwo wystarcza czasu na obiadek, ale dajemy radę :)
Zdarzył jej się parę dni temu napad w nocy, musiałam dać wlewkę, ale ostatni miała na poprzednim turnusie, jakieś półtora miesiąca temu więc nie jest źle. Dobrą wiadomością jest to, że nie ma już zimnych nóżek, jeszcze przez pierwsze dni turnusu mieliśmy z tym problem, ale teraz jest super, jednak porządnie wyćwiczone mięśnie robią swoje :) trzeba teraz tylko podtrzymywać tę tendencję :)

a to zajęcia z SI (integracji sensorycznej) pierwszy raz Julcia ma je na turnusie:

fasolka w baseniku, fasolka na Julci a potem już fasolka wszędzie :)

Julcia i fasolka Julcia i więcej fasolki :)

troszeczkę zapachów do rozpoznania i klamereczki do zabawy

aromaty... aromaty... i troszkę klamereczek :)

Julcia polubiła bujanie się w hamaczku :) pełen relaksik :)

i obowiązkowo hamaczek :) pełen relaksik :)

Brak czasu wbrew pozorom doskwiera też i mnie, dziś pierwszy raz na turnusie udało mi się usiąść do komputera i wreszcie coś napisać :) A dzieje się tak dlatego, że mamy tu niesamowicie sympatyczne i wesołe towarzystwo, które skutecznie wypełnia czas od samego rana do samej później nocy :) to niesamowite jak bardzo można zżyć się z ludźmi których jeszcze niedawno prawie wcale nie znałam ( niektórymi byłam na szkoleniu w Fundacji) … pierwszy raz naprawdę nie spieszy mi się do końca turnusu bo świetnie czuję się w ich towarzystwie i mam nadzieję że wzajemnie :)
Są to m.in. rodzice dwóch głuchoniewidomych praktycznie od urodzenia, dużych już chłopców (6 i 11 lat). Rodzice bardzo ciepli, troskliwi i cierpliwi, a przy tym przesympatyczni i umiejący się doskonale bawić. Ale nie o rodzicach chciałam ale o ich synkach :) to chłopcy którzy pomimo swoich ograniczeń emanują wprost szczęściem, są niesamowicie pogodni i za każdym razem jak na nich patrzę (Julcia upodobała sobie szczególnie starszego z nich :) ) naprawdę nabieram energii i chęci do życia :) Niesamowite jest jak dziecko wyczuwa obok Tatę i wyciąga ręce żeby się przytulić a najlepiej wdrapać na plecy bo to ulubiona zabawa :) i cóż więcej trzeba do szczęścia :)

a to Julcia z dwoma wspomnianymi kolegami Bartusiem i Łukaszem:)

z Bartusiem i Łukaszem

a to strona braci:

Od dzieci uczymy się najwięcej i najważniejszych rzeczy – pokory, umiejętności cieszenia się z najmniejszych rzeczy i szczerości w wyrażaniu emocji a dzieci niepełnosprawne są szczególnie utalentowane w tych dziedzinach. Ja nauczyłam się przy Julce cieszyć z wszystkiego co nam oferuje, nawet jeżeli na zewnątrz jest to niezauważalne. Jedna z mam dobrze ujęła to w słowa – my walczymy o to, żeby nie było gorzej, nie zawsze oznacza to, że ma być zauważalnie lepiej. Ciągłe pytania o to co dają Julci turnusy, jaki jest postęp są dosyć uciążliwe, gdyż większość ludzi nie rozumie, że postępem jest często po prostu brak regresu (sama to chyba zrozumiałam stosunkowo niedawno). Oczywiście walczymy mocno o kolejne etapy rozwoju, Julcia np dużo lepiej trzyma główkę, lepiej gryzie, robi postępy w pełzaniu, także idziemy do przodu :) Ale jakiż jest to postęp w oczach kogoś kto pyta czy Julcia będzie chodzić czy mówić i jest bardzo zdziwiony że nie wiem takich rzeczy bo nikt mi przecież nie powie a tak naprawdę informacja taka nie jest do końca istotna na etapie na jakim jesteśmy w tej chwili. I tak robilibyśmy to co robimy.

no i się zaczęłam rozczulać coś przy tym nowym roku… obiecuję, że mi tak nie zostanie do końca :) czasem i tak trzeba, tak dla kontrastu :)

I dla kontrastu muszę jeszcze powiedzieć o jednym z rodziców, Tatusiu (mam nadzieję, że jego żona mi wybaczy…) , który jest po prostu przezabawnych człowiekiem :) to taki człowiek który jak się pojawia to od razu jest wesoło, nie wspominając już co się dzieje jak się odezwie :)

i tu trzeba przejść do Sylwestra gdyż spędzony między innymi w wspomnianym towarzystwie był naprawdę świetną zabawą :) do tego był mój mąż a Julcia grzecznie spała mimo zdecydowanie niesprzyjających warunków panujących tej nocy w ośrodku :)
Zabawa dla nas była co prawda w budynku obok (na szczęście był łącznik, także nie trzeba było wychodzić na dwór żeby sprawdzić czy dzieci śpią) ale w samym ośrodku swoją imprezkę miały dzieci, głównie te starsze i też dobrze i długo się bawiły :)
My też… Nie pamiętam już kiedy ostatnio tak dobrze się bawiliśmy, w sumie to może i pamiętam, ale to było tyle lat temu, że wstyd wspominać… W każdym razie odbiliśmy sobie z nawiązką. Był bal, była orkiestra, dobre jedzonko, sztuczne ognie, no i oczywiście świetne towarzystwo. Mamy mnóstwo zdjęć, ale jeszcze do nich nie dotarłam, bo, choć robił je mój mąż, gdzieś krążą po ośrodku na płytce i jeszcze do mnie nie dotarły. Jak będę miała to na pewno coś wybiorę :)

to tyle jak narazie w kwestii turnusu, ale jeszcze trwa więc niewykluczone że coś jeszcze nastukam na tej klawiaturze :)