te nic nikomu zapewne nie mówiące liczby dla mnie zaczynają dzień
o 7.19 ni mnie ni więcej dzwoni mój budzik komórkowy (tzn wibruje bo to jeszcze nie czas żeby Jula się musiała budzić…) i nie mam pojęcia dlaczego akurat o tej godzinie a nie np o 7.22
W każdym razie następne dziesięć minut, po których budzik przypomina że czas już się podnieść, jest cudnym czasem kiedy “jeszcze nie muszę wstać”
ale jak już 7.29 sugestywnie i nachalnie wibruje i wibruje – nie ma mocnych, czas wstawać ![]()
zdaję sobie sprawę z tego, że godzina o której wstajemy z Julcią dla niektórych jest już prawie środkiem dnia (buziaczki Sylwuniu kochana!) i wstawanie o tej porze to żaden szczególny wyczyn, ale dla nas owszem
Najgorzej jak Jula się nie kwapi do wstawania, bo budzenie jej nie jest łatwe i zajmuje największą część porannego czasu przedprzedszkolowego ![]()
To taka mała dygresyjka poranno-budzeniowa ![]()
Teraz czas przejść do konkretów a takim niewątpliwie jest fakt iż moi Rodzice ukochani przylecieli do nas na dwa tygodnie zza wielkiej wody czyli z Anglii ![]()
Przylecieli w niedzielę i od razu spotkaliśmy się na rodzinnym obiadku, z którego to oczywiście mamy obszerny fotoreportaż ![]()
Co tu zresztą dużo dodawać, było wesoło, sympatycznie i smacznie, tęskniliśmy tylko za naszym najmłodszym Braciszkiem który ciężko pracuje w Anglii i nie może narazie nas odwiedzić – Adaś buziaki od nas ogromne!
pozostaje już tylko fotoreportaż
Nie ma to jak z Dziadkiem
i dołączył Wujcio
a w międzyczasie w kuchni trwała degustacja przedobiadkowa pysznych pierożków autorstwa Łukasza i Dominiki
Julci też smakowały
była też lazania i sałateczka
i torcik chałwowy zrobiony przez Damiana
potem zostało już tylko przymierzanie kupionych w Anglii ciuszków – jak na babki przystało ochoczo się do tego zabrałyśmy
szwagiereczki i ich sukieneczki
butki – nie dla mnie, ale przymierzyć trzeba
i jeszcze kilka przytulińskich portrecików
z moim Braciszkiem kochanym
i zakochani
Jula miała swój kącik malarski
i na koniec jak na porządną imprezkę przystało – toaścik
tak właśnie, a konkretnie miejsko-komunikacyjny. Właśnie niedawno weszłyśmy sobie z Julcią do domu bo całkiem konkretnym czasie oczekiwania na jakikolwiek środek komunikacji miejskiej po skończonych zajęciach u logopedy. Nadmienić przy tym muszę że nie byłam nigdzie na peryferiach miasta a wręcz przeciwnie – w jego centrum, z którego to do naszego miejsca zamieszkania odchodzi naprawdę sporo autobusów i tramwajów. Ilość linii do dyspozycji jedna, jak się okazało to zdecydowanie nie wszystko…
Ale od początku.
Niczego nie podejrzewając, z uśpioną czujnością (zwykle o tej porze z zajęć zabiera nas Damian ale dziś jest na sesji zdjęciowej w Gdańsku do wieczora) co do godzin odjazdu autobusów wyszłyśmy sobie powolutku z zajęć z Agnieszką (przystanek jest kilka metrów na przeciwko) i już zanim podeszłyśmy na nasz przystanek zobaczyłam, że autobus na jaki miałam zamiar zdążyć, właśnie odjechał. Cóż, trudno ale przecież jestem w centrum miasta, więc następny niskopodłogowy (bo tylko takim możemy jechać, gdyż Herkulesem nie jestem żeby dźwigać wózek) na pewno będzie za chwilkę (max 10 min). Nieco się więc zdziwiłam, jak okazało się, że nieco się jednak pospieszyłam z entuzjazmem i na kolejny autobus tej linii muszę poczekać ponad 30 min… Ale nie ma się przecież czym przejmować bo zaraz obok jest przystanek tramwajowy, z którego jadą dwie linie do nas do domku
No tak, jedna właśnie odjeżdżała jak podchodziłam, ale nie była niskopodłogowa więc nie było czego żałować, kolejna okazała się być za 20 min, cóż więc, to zawsze mniej niż 30 min, więc postanowiłam postawić na tramwaj jednak. Muszę niewtajemniczonym zaznaczyć, że w naszym mieście na przystankach tramwajowych nie jest na rozkładzie zaznaczone jakie tramwaje są niskopodłogowe, lecz umownie wiadomo, że dwie linie jeżdżą prawie cały czas takie właśnie. Prawie jednak okazało się jednak robić wielką różnicę… Biorąc pod uwagę fakt, że jedna z tych linii to ta która nam uciekła i niskopodłogowa zdecydowanie nie była…już wtedy powinnam się zaniepokoić, ale co tam – jestem z natury optymistką więc dzielnie czekałyśmy nadal. W końcu to już tylko 15 min
W tzw międzyczasie zdążyłam w telefonie (uwielbiam internet w telefonie
) sprawdzić rozkład jazdy kilku innych autobusów, których przystanki były niedaleko i zorientowałam się że nie ma po co się tam udawać bo do odjazdu najbliższego autobusu niskopodłogowego jeszcze sporo czasu a nie zamierzam tyle czekać (nie wiedziałam jeszcze jak bardzo się myliłam…) .
Robiło się już późno i Jula na pewno chętnie by coś przekąsiła a ja miałam dla niej pyszną szarloteczkę od wujka Maćka (którą miała sobie zjeść na deserek do herbatki z cytrynką w domku cieplutkim…) no więc co – warunki polowe, ale zaczęłam Julci powolutku, po kawałeczku szarloteczkę dawać i chyba to była dobra decyzja bo po 10 min wciągnęła poważną jej część
Ponieważ zbliżał się czas przyjazdu tramwaju naszego powolutku planowałam zakończenie cateringu przystankowego (nadmienię że w międzyczasie przystanek opustoszał bo podjechały trzy innej tramwaje do których wejść z wózkiem niestety się nie da) i radość z faktu, że w końcu dostaniemy się do domu (zaczynało robić się naprawdę zimno i błogosławiłam moment w którym zdecydowałam się na zimowe buty i kurtki dla siebie i Julci przed wyjściem z domu) szybciutko zmieniła się w rozczarowanie faktem, że tramwaj “umownie” niskopodłogowy okazał się tym razem takim nie być (cóż, jak pech to pech…). Ruszyłyśmy więc na przystanek wcześniej sprawdzonych przeze mnie linii, które tak pochopni wcześniej zlekceważyłam i tu przyszło nam czekać następne minut 20… Lepszym z matematyki wyjaśnię, że może najlepiej wyszłabym nie ruszając się nigdzie z przystanku pierwotnego ale ufna w siłę centrum miasta ruszyłam w bój, a jak już ruszyłam to wracać się nie opłacało…
Tak więc catering przystankowy miał swą drugą odsłonę i nie wiedzieć czemu przyciągnął uwagę pewnej Pani bynajmniej nie ciasta chcącej ale złotóweczkę na bilet bo jej zabrakło…
Jula dalej wciągała szarlotkę i wyglądała na bardzo zadowoloną, podjechał w końcu autobus i za 15 min byłyśmy w domku.
Ciepła herbatka z cytrynką na wejściu powinna zatrzeć ślady ewentualnego przeziębienia nie zatrze jednak na pewno wrażenia że niepełnosprawni mają nieco więcej przeszkód do pokonania na co dzień niż się czasami można spodziewać…
cóż, czegoś mnie to nauczyło – następnym razem jak ucieknie nam autobus… pójdziemy pieszo ![]()
pozdrawiam z ciepłego domku
ponieważ ostatnio piszę trochę “zadaniowo”, opisując konkretne zdarzenia (zrobił mi się mały blog reportażowy…
) to zatęskniłam do takiego pisania o niczym, nie ujmując oczywiście temu o czym lub o kim będę pisała ![]()
“O niczym konkretnym” w moim słowniku oznacza “o wszystkim co mi się teraz przypomni nie do końca zwracając uwagę na treść i logikę wpisu”
czyli ni mniej ni więcej tylko tak jak lubię najbardziej ![]()
I proszę – początek niezły – już kilka linijek i nadal jest o niczym konkretnym…
ale tak cały czas się nie da, więc jednak coś konkretnego jednak musi być
Wiem, że rodzice nie mający dostępu do autoryzowanej części forum fundacji Zdążyć z Pomocą, a mający w niej subkonta swoich dzieciaczków, niepokoją się w związku z dalszym brakiem wpłat z 1%. Obecnie trwają prace administracyjne fundacji nad księgowaniem tych wpłat z prawidłowo wypełnionych PIT, oraz trwa przygotowywanie serwera dla rodziców którzy przez internet, tak jak w zeszłym roku, chcą pomóc w poprawianiu źle wpisanych nazwisk, a pewnie będzie takich sporo (w zeszłym roku było to ok 20% wszystkich wpłat czyli ok 180.000 ). Tak więc reasumując- nikt jeszcze nie ma wpłat z 1% w naszej fundacji i nie trzeba się niepokoić (poza faktem, że w tym roku Urzędy Skarbowe przeszły samych siebie z odwlekaniem terminu przekazania płytki z nazwiskami dzieci…).
Jak już wszystkie nazwiska uda się dopasować, dopiero na subkoncie pojawi się jedna kwota sumująca wszystkie wpłaty z 1%.
Będę się starała na bieżąco pisać jak wygląda sytuacja gdyż zgłosiłam się do pomocy więc będę w temacie.
To tyle w kwestii 1% póki co
Jula – o naszym szkrabku zawsze jest coś do napisania ![]()
Chodzi do przedszkola już drugi tydzień, w domu za to dzielnie ćwiczy.
Na zajęciach z Sebastianem wyczynia naprawdę zadziwiające rzeczy i cały czas kosztuje ją to mnóstwo wysiłku. Wczoraj, leżąc na brzuchu tak przebierała nagami jakby miała zaraz zamiar wystartować w górę
Ten aspekt Vojty mnie cały czas fascynuje, jak można zmusić tyle mięśni do pracy stymulując np miejsce na przy pięcie albo na przedramieniu… Nie wspominając już, że te same mięśnie na co dzień zupełnie w takim ułożeniu nie pracują w ten sposób. Naszym celem jest żeby zaczęły
a Julcia żeby zobaczyła, że w ten sposób też można je wykorzystać.
to myślę narazie tyle, weekend za pasem, pewnie będzie pracowity ze względu na pomoc przy 1%.
pozdrawiam serdecznie
witam ponownie, wczoraj nie wszystko zdążyłam dodać, więc spieszę z resztą informacji o Targach.
Jednym ze stanowisk była sala doświadczania światła, ciemne pomieszczenie z mnóstwem kolorowych światełek przeróżnej maści i przeróżnego kształtu, Jula rozglądała się ale super zainteresowana nie była. Pewnie myślała – cóż – światełka jak światełka a gdzie Ernie i Elmo?!…
było tam m.in bardzo bardzo kolorowe i świecące akwarium
i kolorowe bąbelki
magiczna kula…
i dyskotekowa kula
i wreszcie zmieniające kolory, cieniutkie światłowody, na których siedziała Julcia a jest to o tyle ważne i okraszone sporą ilością zdjęć ponieważ Jula bardzo ładnie radziła sobie w siadzie – wsparta na łokciu z nóżkami opartymi o podłogę rozglądała się dookoła, bardzo stabilnie trzymając tułów i główkę.
Takie momenty są dla nas bardzo ważne bo dowodzą że robimy kolejne kroczki do przodu w rehabilitacji, szczególnie że ostatnio był mały regres po nasilonej padaczce. Sebastian powolutku ale konsekwentnie powrócił do Vojty i dzięki temu idziemy do przodu a regres okazał się chwilowy i szybciutko powracają do wypracowanego już wcześniej postępu ![]()
Tak więc zdjęcia
a tak Jula sobie ładnie siedziała
z serii “zaplątani”:
to by było z grubsza na tyle, mam jeszcze kilka zdjęć stanowisk może niekoniecznie nas interesujących, ale relacja to relacja – muszą być i takie
łóżka i ogólnie sprzęt do masażu
zawsze popularne wanny z hydromasażem
stabilizatory, buciki, ortezy
inhalatory
parapodia
łóżka – bardzo fajne i praktyczne, jednak jak narazie nie na naszą kieszeń…
stoliki do terapii ręki – uznaliśmy wspólnie, że jak na sprzęt dla dzieci, powinny być kolorowe… ale idea całkiem fajna
to tyle w kwestii targów.
pozdrawiam serdecznie
No i wróciliśmy
(Nie żeby dopiero dzisiaj, bo w sobotę wieczorem, ale dopiero mam chwilkę żeby skrobnąć na ten temat kilka słówek).
Sporo kilometrów zrobiliśmy w miniony weekend, ale za to było wesoło i ciekawie.
Wyruszyliśmy w piątek rano czyli ok 10.00 (choć niektórzy w nas nie wierzyli – nie będę na blogu wytykać palcami, Ci “niektórzy” wiedzą o kim mówię…
i stawiali że wyjedziemy ok 12
) ale droga okazała się nadzwyczaj długa bo na miejscu byliśmy ok 17, a więc nieco za późno na odwiedzenie targów tego samego dnia. Zresztą, wykończeni lekko samą podróżą marzyliśmy już tylko o hotelowym łóżku
Widok z okna hotelowego musiał zostać oczywiście utrwalony
Za to na drugi dzień zaraz po śniadaniu ruszyliśmy dzielnie w teren.
Stanowisk i wystawców było naprawdę mnóstwo – trzy hale, kilka godzin było potrzebnych żeby dokładnie się wszędzie zakręcić i zatrzymać przy co ciekawszych miejscach. I ja poniżej, wspierana jak zawsze pięknymi zdjęciami Damiana, właśnie na tych ciekawszych miejscach się skupię.
Damian się ze mnie śmiał, że wyglądam jak dziecko w krainie zabawek
wszystko mi się podobało, wszystko było fajne i przydatne, o wszystko chciałam pytać
Tak więc ruszyliśmy
Na wejściu uderzyło mnie łóżko – ogromne jak na łóżko, a do tego z takim oprzyrządowaniem że aż ciarki mnie przeszły… budziło respekt
na wszelki wypadek nie pytałam do czego służy…
Pierwsze ciekawe dla nas, na co trafiliśmy to wózek dla Julci. Wpasowałam ją od razu w taki, który mi się spodobał – fajnie wyglądał i był nadzwyczaj lekki i ładny, wyglądał jak nieco większa spacerówka. Mimo, że nie był mocno zabudowany, Jula stabilnie w nim siedziała, nie miał klina tylko pasy, siedzisko lekko kubełkowe, co sprawiało, że Julci było wyraźnie wygodnie. Jak więc będziemy się rozglądać za nowym wózeczkiem – mam już na czym zaczepić oko
Niedługo potem trafiliśmy na Julci terapeutki z Michałkowa – Olę i Agatkę (zapraszam na podstronę “nasi terapeuci“) z właścicielem ośrodka, Panem Tomkiem, którzy też przyjechali rozejrzeć się na targach.
Agatka testowała właśnie mechaniczną wersję hipoterapii, która jak widać dziś nabiera zupełnie nowego znaczenia, nie każdy ośrodek ma warunki do hodowli koni więc technika wychodzi na przeciw.
Jak widać Jula dogadywała się świetnie na koniku z Agatką
był i czas wymianę bieżących wrażeń z Olą i Matryną i Panem Tomkiem
Agatka zresztą nie miała dosyć – przyszedł czas na lokomat. To nowe stosunkowo urządzenie, taka duża, mechaniczna superorteza, wspomagająca głównie naukę chodu i z definicji głównie do tego przeznaczona. A oto jak dokładnie wygląda:
Czytam sobie właśnie na stronie firmy Technomex, przedstawiciela w Polsce szwajcarskiej firmy produkującej lokomat,
otóż lokomat jest to:
zewnętrzny szkielet sterujący pracą kończyn dolnych pacjenta,
oprogramowanie sterujące i kontrolujące przemieszczania się segmentów kończyn dolnych tj. uda i podudzia,
sterowanie ruchem w określonym dla danego pacjenta wzorcu chodu z określoną prędkością i zakresem ruchu,
uniwersalne moduły urządzenia umożliwiające na precyzyjne dopasowanie ortezy do warunków anatomicznych różnych pacjentów (żródło – http://www.technomex.pl)
Celowo zacytowałam wypowiedź specjalistów gdyż nie mam zielonego pojęcia jakbym miała to swoimi słowami opisać. A chciałabym zestawić to z tym co widziałam i o czym rozmawiałam z przemiłą Panią fizjoterapeutką, obsługującą lokomat ta targach.
Podczas gdy Agatka dzielnie radziła sobie zapięta w lokomat idąc po bieżni, całkowicie poddając się maszynie, ja zapytałam czy mogłabym podpiąć Julcię. Pani powiedziała że absolutnie nie ma mowy, zważając na jej problemy z biodrami, które są w pierwszej kolejności przeciwwskazaniem. W sumie logiczne, ale mogłoby się wydawać, że jak w grę wchodzi promocja produktu – nie ma granic, jak chcę i płacę to mam – ale nie tutaj i nie tym razem i to jest naprawdę uczciwe podejście.
Dowiedziałam się że generalnie producent nie kwalifikuje do wpinania w lokomat osób które nie są w stanie na bieżąco sygnalizować że coś jest im niewygodne, albo obciera czy wręcz powoduje ból. To jest duża maszyna, która chodzi za wpiętą w nią osobę, i tu nie może być miejsca na jakiekolwiek niedociągnięcia a umieszczony na początku bieżni czerwony grzybek służy do tego by pacjent mógł w każdej chwili zatrzymać ortezę jeżeli coś się nie tak dzieje. Tylko nie każdy pacjent to potrafi, dlatego bardzo ważna jest, jak już dana osoba jest przez lekarza rehabilitacji skierowana do ćwiczeń w lokomacie, aby fizjoterapeuta obsługujący maszynę bardzo dobrze znał pacjenta i umiał rozpoznawać jego reakcje, a najlepiej jak przy ćwiczeniach jest zawsze przecież czujny rodzic. Pani powiedziała też że zawsze na początku pyta co dana osoba ma uzyskać ćwicząc w lokomacie, jaki ma być wymierny efekt korzystania z niego, poza – “fajna maszyna, ale nowość! muszę skorzystać bo synek Hanki w tym chodził ostatnio”...
Lokomat zrobił na mnie ogromne wrażenie, to niesamowite urządzenie i szansa dla wielu osób niepełnosprawnych, nie mających takich możliwości fizycznie, na doświadczanie prawidłowych wzorców chodu. Myślę że najlepszą dla niego rekomendacją był pewien chłopak, duży już, na wózku, który wpięty w niego chodził, chodził i chodził…na pewno godzinę… niezmordowany przebierał nogami (dla ścisłości maszyna robiła to za niego) a radość widoczna na jego twarzy mówiła sama za siebie. Ręce wyciągał do tych czerwonych grzybków ale chyba tylko po to żeby ktoś mu przez przypadek nie zatrzymał maszyny
Tyle w temacie lokomatu w którym to się rozpisałam nieco za dużo jak na fakt, że Jula nie może z niego skorzystać.
Ale Agatka się nachodziła
Jula jednak nie za długo czekała na swoją kolej w przebieraniu nóżkami – trafiliśmy na rotor – urządzenie do pedałowania mówiąc w skrócie
w tym wypadku pedałujące za Julcię
Sama idea urządzenia nie jest nowa, już od dawna z takiej formy terapii można korzystać, jednak urządzenie do jakiego podpięto Julcię było jednym z nowszych rozwiązań w tej dziedzinie, miało super fajny wyświetlacz sygnalizujący stan napięcia nóżek. I tak np jak Jula się za mocno napięła na ekranie pojawiała się informacja – “wykryto spastykę – rozluźnianie” po czym urządzenie lekko drgało żeby rozluźnić nóżki i robiło kilka obrotów w przeciwną stronę i jak było już ok, praca szła dalej
Do tego co jakiś czas sprawdzało czy może Jula sama sobie nie radzi i na chwilkę zostawiało jej “wolną rękę” by po chwili znów przejąć pracę.
Nad zapinaniem Julci czuwała Ola
To bardzo przydatna stymulacja i nauka naprzemienności rąk i nóg, bo rotor można też wykorzystywać do obracania rączkami. Krzesełko jest dostawione, urządzenie można podstawić też np. pod wózek a nawet korzystać na leżąco.
Juli się podobało, siedziała całkiem rozluźniona, ładnie trzymając rączki na kierownicy
Byliśmy z niej dumni
Myślę sobie że fajnie byłoby mieć takie urządzonko w domu, ale jak narazie 19.000 zł, jakie trzeba byłoby na nie mieć, jest poza naszym zasięgiem… Jak narazie skorzystamy z niego z Michałkowie, ponieważ Pan Tomek zakupił takie już wcześniej.
było jeszcze jedno urządzenie które nas zadziwiło swoją niewątpliwą spektakularnością ![]()
a Pani wyglądała na zadowoloną
ostatnim naszym przystankiem była sala doświadczania światła, ale o tym i o kilku jeszcze innych rzeczach dopiszę jutro, bo późno się zrobiło (jest już blisko północ)
ale na koniec jeszcze bardzo ważnej życzenia zdrówka dla synusia Gosi, która miała dojechać ale z tego powodu nie mogła. Gosiu buziaczki i do zobaczenia niebawem
dobranoc
…z pogody ładniej oczywiście
Jula ma się już zdecydowanie lepiej więc brak stabilizacji pogodowej nie działa nam już tak na nerwy. Ataki w ciągu dnia już praktycznie ustały, ostatnio zdarzył się jeden w nocy ale na szczęście nie był duży, obyło się bez wlewki. Mamy nadzieję, że zwiększona dawka leków też już przynosi skutek.
Podsumowując – Jula w pełni sił i z humorem wróciła do zajęć i przedszkola i wszędzie radzi sobie bardzo dobrze nasza mała córcia kochana
W niedzielę skoczyliśmy do Babci za miasto, żeby nacieszyć się świeżym powietrzem w otoczeniu przyrody i przy okazji uzupełnić domowy warzywniak
ale nade wszystko – poobcować nieco z piękną przyrodą czyli wpaść w kwiatki i sprawdzić jakie są mięciutkie
a oto piękna niespodziewanie i równie niespodziewanie fotogeniczna… kapustka
jak kapustka to i jabłuszka
był też czas na pyszne deserki
i na koniec jeszcze kilka zdjątek z domku:
suuuuuszenie włosków – niezbyt ulubiona czynność Julci, aczkolwiek, z racji jej długo schnących gęstych włosów – konieczna, okazało się fajnie wygląda na zdjęciach
tym razem zdecydowanie ulubiona czynność Julci – czytanie książeczek
do zobaczenia na relacji z targów
czas się spakować (obiecałam zmieścić się w jedną walizkę, co, biorąc pod uwagę fakt iż jedziemy na dwa dni, nie powinno być problemem… – cóż “nie powinno” jest przy moim talencie do pakowania, kluczowym określeniem)
witam serdecznie
troszkę ostatnio nie zaglądałam… piszę co najważniejsze.
Jula cały czas w domu, napadów nie ma już tak dużo, ale sytuacja nie jest jeszcze opanowana na tyle, żeby mogła pójść do przedszkola.
Jest jednak znacznie lepiej, forma i humor wróciły, więc wróciliśmy też do codziennego tryb zajęć, powolutku ale idziemy do przodu, choć niestety nasilone napady spowodowały, że w rehabilitacji nastąpił regres. Zdaniem rehabilitanta dotyczy on głównie rączek, w których, w porównaniu do stanu sprzed napadami, zwiększyło się napięcie. Teraz priorytetem jest poradzenie sobie z tym jak najszybciej.
Tymczasem, nim się obejrzeliśmy, Jula zyskała trzeci miesiąc wakacji od przedszkola i już zaczynamy zauważać, że nieco odzwyczaiła się od hałasu i tego, że czasem trzeba na coś poczekać (konkretnie na Mamę próbującą zrobić coś w domu i krzyczącą co chwilkę “Jula, już zaraz do Ciebie idę…” ). Będzie ciężko wrócić do przedszkola gdzie jednak cierpliwość jest istotnym elementem egzystencji… Nadmiar bodźców po spokoju domowego ogniska też może początkowo niezbyt dobrze działać, ale przecież kiedyś Jula musi się zacząć przyzwyczajać, dlatego mamy nadzieję że w zdaniu “Jula pójdzie do przedszkola od poniedziałku”
poniedziałek będzie tym najbliższym, bo już kilka razy to zdanie u nas padało…
Jak już jesteśmy przy planach, to nasz najbliższy dotyczy Targów Rehabilitacji, które odbędą się w Łodzi w dniach 6-8 października, czyli u schyłku nadchodzącego tygodnia. A plan jest całkiem prozaiczny w swoim założeniu – otóż na owe targi się wybieramy
Muszę przyznać że jestem całym przedsięwzięciem podekscytowana bo nigdy (choć może nie ma co się przyznawać…) nie byłam gdzieś, gdzie w jednym miejscu zebrane jest wszystko co dotyczy rehabilitacji i osób niepełnosprawnych, choć oczywiście nie tylko dla takich rehabilitacja jest konieczna. Ponieważ Targi są międzynarodowe, i z tego co przeczytałam, największe w Europie, mam nadzieję zobaczyć tam wiele i też wiele się dowiedzieć, bo oprócz wystawców zaplanowane są przeróżne konferencje tematyczne.
Na Targach planujemy być dwa dni, żeby ogarnąć jak najwięcej. Na pewno będę o nich pisała na blogu bo po pierwsze warto, po drugie jak się ma pod ręką najlepszego fotografa szkoda byłoby nie skorzystać z Jego umiejętności fotoreporterskich
a nic lepiej nie odda klimatu i nie zobrazuje sprzętu jak zdjęcia (chyba że nie będzie można ich robić, ale nie wydaje mi się…)
Jeżeli więc ktoś nie może się tam wybrać, postaram się, żeby jak najwięcej z mojego blogu się o tym co się tam działo dowiedział, pobawię się w dziennikarza troszkę
co mi tam!
to póki co tyle, jeszcze na koniec kilka zdjęć Julci, która dzielnie ćwiczy podnoszenie główki, bo nie ma łatwo – każda okazja jest dobra do tego, żeby sobie coś poćwiczyć