Witam serdecznie ![]()
Zaniedbuję ostatnio troszkę blog, ale Jula jest od wczoraj w przedszkolu więc mam troszkę więcej czasu, jak narazie nadrabiam zaległości urzędowe i domowe ale na naskrobanie kilku słów też oczywiście mam zaplanowany czas ![]()
Po feriach ciężko Julci wstać rano – przyzwyczaiła się do leniuchowania a tu trzeba raz raz i do przedszkola – rano przez to mamy zamieszanie straszliwe – wszystko jest wyliczone co do minuty, budzenie, wstawanie, śniadanie, leki, pakowanie w zimowe kurtki itp (co teraz zajmuje znaczną część czasu porannego
) i do przedszkola…
Budzenie Julci to bardzo skomplikowany i długotrwały proces – okazuje się że najmocniejszy sen jest właśnie rano
a ja nie mam serca drastycznie tego zmieniać więc delikatnie ją szturcham i szepce do uszka “Juleczko wstawaj…” efekt jest taki że mogłabym równie dobrze nic nie mówić bo Julcia ewentualnie otworzy na sekundę jedno oko i śpi dalej. Przechodzę więc do kolejnego etapu budzenia – włączam Juli ulubione piosenki – czasem ją to obudzi ale z reguły wtedy uśmiecha się ale oczy dalej są zamknięte
Ponieważ czas nieubłagalnie ucieka przechodzę do planu B – wołam Damiana. Jak już Tata wkracza do akcji ze swoimi wariactwami to Jula jest od razu rozbudzona i uśmiechnięta od ucha do ucha
Wrócę jeszcze do czasu ferii, niespecjalnie udzielaliśmy się podwórkowo, ale za to towarzysko nadrabialiśmy zaległości
Tylu spotkań z rodzinką od dawna nie mieliśmy. A to wszystko dzięki temu, że z reguły moi rodzice i brat są za granicą a od jakiegoś czasu jesteśmy prawie w komplecie na miejscu
Jeszcze tylko czekamy aż mój Tata do nas dojedzie i przez jeszcze kilka dni dalej będziemy wszyscy razem ![]()
Ponieważ po pierwsze dawno nie było takiej okazji a po drugie nie wiadomo na jak długo zostaną wszyscy na miejscu, trzeba się sobą nacieszyć ile się da
Kiedy rodzina rozjeżdża się po świecie uczymy się doceniać każdą wspólną chwilę, uwielbiamy spędzać ze sobą czas a Julcia szaleje za wujkami
Rodzinne ferie zaczęliśmy od Dnia Babci
kto pierwszy ten lepszy
nawet Julcia nie miała taryfy ulgowej, walczyła zacięcie o słodkości próbując zahipnotyzować wujcia wzrokiem…
i z wujciami
Nie mogło zabraknąć tradycyjnego już u nas spotkania przy zupce meksykańskiej i domowej pizzy ![]()
Najlepszą zabawą jest jej wspólne robienie
i efekt pracy
podczas gdy część towarzystwa buszuje w kuchni, druga część pogrążona jest w lekturze
przy wyjściu obowiązkowe uściski … tylko jakoś ilość głów się nie zgadza z ilością nóg…
i wszyscy razem (włączając zawsze obecnego po drugiej stronie obiektywu fotografa
)
Tato czekamy na Ciebie z kolejnymi pizzami
W drugim tygodniu ferii Udało mi się z Julcią w końcu odwiedzić Zuzię która całkiem niedawno, bo 5 stycznia, pojawiła się na świecie ![]()
Zuzia to mała siostrzyczka koleżanki Julci z przedszkola Adusi.
Julcia była zafascynowana dzidziusiem – jak przystało na starszą koleżankę spokojnie trzymała maluszka na kolankach i wpatrywała się cichutko ![]()
Ja przy takich okazjach uświadamiam sobie jaka jest już duża
niedługo kończy 7 lat…
a Zuziczka przesłodka oczywiście
ferie ferie i po feriach…
pozdrawiam
Mamy piękną zimę i trzeba się napatrzeć bo powoli niknie… Jula chodzi do przedszkola więc na spacerki popołudniowe niewiele zostaje czasu, mimo to udało nam się wymknąć na mróz i to w ostatnim momencie jak się okazało ![]()
Tymczasem Jula ciężko pracuje na zajęciach z Vojty i pisząc ciężko mam dokładnie to na myśli… przechodzę chyba kryzys związany ze słuchaniem jak płacze… nie wiem czy to dlatego że moja odporność spada czy dlatego że Jula płacze bardziej niż zwykle… I jak po raz kolejny odbieram Julę z rąk Sebastiana zapłakaną i niesamowicie zmęczoną i zadaję sobie pytanie “po co to wszystko?!” to jak emocje opadną a Julcia się uspokoi i odpocznie widzę jak pięknie pracują jej mięśnie brzucha i jak pięknie prosto siedzi a uciekające jej w dolnej partii kręgosłupa plecy i przez to krzywe siedzenie było tym z czym ostatnio walczyliśmy. Sebastian kładzie ją na brzuchu i widzimy pięknie opuszczone równe łopatki i proste plecki przy głowie zadartej w górę i coraz lepszym podporze. Ale to co ostatnio zrobiła na zajęciach to dla nas milowy krok na przód – w stymulacji z łokcia leżąc na brzuszku podciągała kolanka na boki i przerzucała bioderkami przenosząc ciężar tak jak przy pełzaniu (nie przemieszczała się przy tym bo była zblokowana, ponieważ tego wymaga ta stymulacja) a takiej pracy wykonanej samodzielnie bez pomocy rehabilitanta Julcia nie zrobiła nigdy wcześniej… Mam więc jasność co do tego że Vojta jest dla nas właściwą drogą i to mnie jeszcze trzyma ale nie jest łatwo. Choć użalanie się nad swoim kryzysem to istny egoizm w porównaniu z tym jak ciężką pracę wykonuje Julcia. Pilnujemy żeby cały czas jej powtarzać jak pięknie pracuje i chwalić za postępy, musi wiedzieć o tym, że to wszystko dla jej dobra. Jej uśmiech po odpoczynku jest dla nas największą nagrodą ![]()
Nie będę jednak czarować że jest łatwo bo nie jest, mam nadzieję, że z czasem Julci będzie łatwiej pracować przy stymulacjach które już zdążyła wypracować a my do tej pory nie zwariujemy…
A teraz z zupełnie innej beczki. Ostatni finał Wielkiej Orkiestry spowodował że powróciliśmy myślami do dnia urodzenia Julci. Kontekst był jasny bo, ponieważ Orkiestra zbierała na sprzęt dla wcześniaków co jakiś czas pokazywały się w telewizji oddziały OIOM noworodkowe z maluszkami w tle leżącymi w inkubatorach (swoją drogą przy okazji dowiedziałam się że jedna z moich koleżanek z czasów liceum z którą nie mam kontaktu też urodziła wcześniaczka bo wypowiadała się z jednego ze szpitali – mam nadzieję Martuś że wszystko jest w porządku) i tej dźwięk… te pikające monitory oddechu i tętna… nie sądziłam że po takim czasie tak na nie zareagujemy… aż mi serce podskoczyło do gardła i przypomniałam sobie jak codziennie szliśmy na OIOM tym korytarzem… panicznie zastanawiając się podczas tej trasy czy wszystko jest w porządku… no jak wiadomo nie wszystko było i dzień w którym pani dr powiedziała że Jula ma zmiany w USG główki zapamiętam już chyba na zawsze…
- “nie mam dla Pani dobrych wiadomości…” usłyszałam …a potem, na moje pierwsze jakie mi się nasuwały pytania o następstwa tych zmian: “wie Pani – jest różnie, niektóre dzieci z tego wychodzą po rehabilitacji, niektóre nie, córka prawdopodobnie nie będzie chodzić…”
i tak sobie zostaliśmy z taką informacją która była wtedy mniej więcej końcem świata… dziś problem nie chodzenia u Julci jest naszym najmniejszym ale wtedy to była masakra…
i tak sobie właśnie to wszystko poprzypominałam i przy tej okazji zdałam sobie sprawę w z tego, że nie mam na blogu zdjęć Julci z tamtego okresu, a przecież to bardzo ważne zdjęcia i dzięki temu że Damian je wtedy zrobił do dziś mam pamiętam jak malutka była Julcia ( 31tc 1170 gram)
i tak wyglądała nasza Julinka w pierwszych dniach życia
szybciutko nabierała ciałka i z czasem zrobił się z niej pulchniaczek,
także pewnie gdyby nie te zdjęcia to nawet nie pamiętalibyśmy jaka była drobniutka…
pozdrawiam jeszcze biało i zimowo
Witam wszystkich serdecznie ![]()
Tytułowy katarek ciągnie się za Julcią praktycznie od początku roku… przyczajał się jakiś czas, przez kilka dni był dość uciążliwy aż w końcu wydawało się że sobie poszedł, ale niestety tylko na chwilkę… Tak więc Jula nie nachodziła się jeszcze w tym roku do przedszkola (była w nim dni 3…) i generalnie jesteśmy sobie w domku i próbujemy się kurować, bo muszę przyznać że katar okazał się być całkiem twardym przeciwnikiem, którego pochopnie zlekceważyłam…
Na szczęście nie przeszkadza to Juli w codziennych terapiach, dzielnie radzi sobie w czasie zajęć z Sebastianem, jeździmy do Agi na zajęcia logopedyczne i chodzimy do Ani i Jej Negrusi na dogoterapię.
Ciocia Sylwia sprzedała nam patent na inhalację majerankową która bardzo pomaga zapchanemu noskowi Juleczki – dziękujemy Ciociu!
(obiecuję na przyszłość od razu się Ciebie słuchać
)
Rozpoczął się gorący okres zbierania pieniążków z 1% podatku, bardzo dziękujemy drukarni Volprint z Elbląga za zaprojektowanie i wydrukowanie dla Julci ulotki, na którą zdecydowałam się pierwszy raz. A projekt jednej i drugiej strony wygląda tak:
Mam nadzieję,że dzięki temu uda nam się przekonać więcej osób aby nam pomogły. Bardzo też dziękuję rodzinie i znajomym którzy jak co roku pamiętają o nas i już pomagają i dopingują.
póki co to tyle wiadomości bieżących
pozdrawiamy
No i mamy Nowy Rok
wszystkiego dobrego z tej okazji życzę wszystkim i mam nadzieję, że przyniesie nam same dobre dni ![]()
tymczasem po Świątecznym bajecznym czasie spotkań z rodzinką, słodkiego lenistwa i obżarstwa (mniej lub bardziej zaawansowanego) wróciliśmy do zajęć codziennych, Jula jest co prawda w domku bo lekko się podziębiła, ale tryb ma taki jak zawsze. Tym bardziej sympatycznie będzie wrócić jeszcze na chwilkę do czasu świątecznego a i nawet do chwili przed, bo mam ogromniaste zaległości w fotorelacjach
na dwa dni przed Świętami zabrałam się za pieczenie kruchych ciasteczek świątecznych. Robiłam je pierwszy raz, bo zwykle pyszne robiła Ania, moja szwagierka, w tym roku skupiła się na innych potrawach, a ja, w oparciu o jej przepis dzielnie ruszyłam do boju. Nie sama oczywiście – Julka i Wiktoria bardzo mocno zaangażowały się w pomoc i miałyśmy przy tym świetną zabawę.
Jak to zwykle wtedy bywa, nasz osobisty fotograf zajął się oprawą medialną
nasze małe kuchareczki zgodnie współpracowały
i efekt
jak już ciasteczka upieczone to czas na ubieranie choinki:
a to zdjęcie jest wyjątkowe bo Julcia zrobiła je sobie sama
(Tata troszkę pomagał…) i bardzo Jej się podobało, więc Tata był dumny
i jeszcze jeden autoportret
i nadeszły Święta ![]()
jak zwykle przesympatycznie, rodzinnie, spokojnie no i oczywiście z Mikołajem
najpierw przygotowania
Julcia przywitała się z Wujciem
i przyszedł czas na Mikołaja i prezenty
i mały portrecik
trzeba wypróbować prezent, najpierw z Mamą
a później już w domku z Wiki
i obowiązkowa sesja podchoinkowa – jak prezenty zniknęły, zrobiło się miejsce dla nas
na dobrą lekturę zawsze jest czas, nawet w Święta
wesoło bo rodzinnie
to tyle w kwestii zaległych relacji przed w trakcie i poświątecznych
teraz postaram się być na bieżąco
pozdrawiam
Witam serdecznie przedświątecznie ![]()
Bigos wskoczył z kartki do garnka i już się gotuje i dlatego myślę, że oficjalnie mogę otworzyć sezon świątecznego pichcenia
Bo bigos to przecież podstawa no i najwcześniej musi się znaleźć na kuchence
Tak więc jest i pachnie ![]()
W planach jest jeszcze parę rzeczy oczywiście, w tym maślane ciasteczka które będziemy z Julcią niebawem robić.
Tymczasem pierwsze ciacho Jula ma już za sobą, dziś w przedszkolu dzieci robiły ciasta i stroiki na Wigilię (w przedszkolu będzie w po jutrze). Rodzice na okoliczność tego wydarzenia byli zaproszeni więc mam kilka zdjątek, tym razem mojego autorstwa.
na początek wstęp obrazkowo-symboliczny
i przejście do pracy – składniki bloku czekoladowego były już wcześniej przygotowane
praca w pocie czoła
ale efekty smaczne
i po smakołykach przyszedł czas na stroik
dziękujemy Paniom z przedszkola za to spotkanie
liczymy na więcej
Wróciliśmy sobie do domku zdążyliśmy się ogarnąć, teraz wpadamy w wir przedświąteczno-zakupowo-prezentowy, a ponieważ mieliśmy na to podczas wyjazdu troszkę więcej czasu pierwszy chyba raz od nie wiem kiedy, na początku grudnia jesteśmy już po poważnych rozmowach z Mikołajem i wszystkie zamówione i niezamówione prezenty stoją i czekają na swoją kolej
Wcześniej zdarzało się nam jeszcze w Wigilię biegać gorączkowo z listą osób, dla których jeszcze nic nie mieliśmy (przy okazji mogliśmy się przekonać, że nie tylko my mamy taki refleks…) a teraz luzik – kartki świąteczne wypisane, gotowe do wysłania (bo moim zdaniem nic tak nie zabija atmosfery Świąt jak wierszyk skopiowany do smsa albo maila z opcją “wyślij do wszystkich”…), w głowie powoli tworzy się świąteczne menu, zostaje tylko czekać i chłonąć ten klimat
Śniegu może tylko brak, ale to już mamy zaliczone w tym roku – w Szczyrku spadł śnieg kilka dni przed naszym wyjazdem i było cudnie ![]()
Klimat czysto świąteczny mieliśmy już okazję poczuć wczoraj na Wigilii Julci ośrodka, zorganizowanej jak co roku z wielkim rozmachem, przy udziale władz miasta i innych ważnych lokalnych naszych osobistości oraz niezastąpionym przedstawieniem przygotowanym przez wychowanków ośrodka. Były kolędy, pięknie śpiewane i grane… wzruszyłam się nawet, bo było pięknie i nastrojowo… Jak zwykle pyszne jedzonko i dzielenie się opłatkiem z ludźmi, których nie mam okazji widzieć na co dzień ![]()
Do Wigilii jeszcze wrócę, bo oczywiście mamy zdjęcia.
Nie było nas sporo czasu, odkąd jest z nami Julcia nie wyjeżdżaliśmy jeszcze na tak długo. Wyjazd był bardzo owocny, Jula miała trzy tygodnie ciężkiej pracy, raz bardziej raz mniej wyczerpującej, ale była dzielna przez cały czas i wytrwała do końca.
Pobyt na kursie Vojty we Wrocławiu trochę zamieszał w naszym dotychczasowym postrzeganiu pewnych rzeczy związanych z rehabilitacją i zmienił nasze spojrzenie na możliwości rozwojowe Julci i nasze wobec Niej oczekiwania. Ewidentnie jest coś w tym, że podobno terapeuci którzy poznają Vojtę od podszewki, czyli wybierają się na kurs taki właśnie jak ten, na którym byliśmy w Julcią, muszą zmienić swoje dotychczasowe myślenie, okazuje się, że fundamentalne zasady NDT nie mają tu zupełnie zastosowania i to przewartościowanie staje się początkiem nowej drogi a kurs nie tylko kolejnym doświadczeniem i wiedzą, ale nową drogą rehabilitacji której całkowicie się poświęcają.
Sebastian wrócił nawrócony i pełen nowej energii już po pierwszym etapie kursu (chyba w maju), wtedy ja do Vojty podchodziłam jak do jeża i nie kryłam się z tym, choć od początku wiedziałam, że jeżeli komukolwiek pozwolę na stosowanie tej metody to będzie to właśnie Sebastian. Wrócił i zaczął powoli ćwiczyć z Julą, a ja patrzyłam i dziwiłam się ile można osiągnąć po kilku minutach ćwiczeń, jednocześnie zaciskając zęby jak Jula płakała, bo do tej pory nic takiego się na zajęciach nie działo i odzwyczaiłam się od tego. Ale efekty mówiły same za siebie – lepszy oddech, lepsze połykanie, praca mięśni zupełnie wcześniej nie pracujących i niesamowite rozluźnienie po zajęciach. I tak do czasu kiedy Juli nasiliła się padaczka, wyraźnie straciła energię, spała sporo w ciągu dnia, była ewidentnie zmęczona i to bardzo wyraźnie. Musieliśmy przerwać wszelkie zajęcia, ja zaczęłam zastanawiać się co się dzieje bo przecież były wakacje… Jasne było, że obwiniałam o wszystko Vojtę, bo cóż innego… Sebastian jasno twierdził, że owszem, Julci przerwa jest bezwzględnie potrzebna, ale jej stan nie ma nic wspólnego z Vojtą tylko ze zbyt dużym natłokiem zajęć jaki jej zafundowałam w wakacje. “Troszkę” się nawet spięliśmy na tym polu, ale ostatecznie okazało się, że miał rację. Zmieniliśmy dawki leków, pogoda się ustabilizowała (Jula bardzo źle znosi zmiany ciśnień i pogody w lecie), Jula odpoczęła (3 tygodnie) i w pełni sił wróciła do intensywnych ćwiczeń i mimo, że ataki zniwelowały nieco wypracowany wcześniej efekt, szybciutko udało się nadrobić zaległości. Wróciliśmy do Vojty i było już dobrze, nic złego się nie działo.
Pobyt we Wrocławiu otworzył nowy rozdział w naszym podejściu i utwierdził nas w przekonaniu, że to na ten moment najlepsza droga dla Julci. Bardzo chciałabym, żeby Julcia też to zrozumiała. Pan Roland powiedział, że będzie protestować dopóki tego nie zrozumie… Julci jest dobrze tak jak jest, Ona nie widzi potrzeby zmieniania siebie, nie jest świadoma możliwości pojawienia się przykurczów, nasilenia spastyki i mnóstwa rzeczy które mogą pogorszyć jej stan. Jula jest szczęśliwa taka jaka jest i to nas oczywiście bardzo cieszy, ale wiemy, że to do nas należy myślenie o wszystkim tym, co trzeba zrobić żeby jej pomóc, nawet jeżeli jej się to nie podoba. Jest to element wychowawczy – jedni rodzice gonią dziecko do lekcji, a przecież też wolałoby no pograć na komputerze, ale rodzic wie, że to dla jego dobra, dziecko zrozumie to mniej więcej jak będzie miało swoje dzieci ![]()
My wymagamy od Julci wysiłku na rehabilitacji, wierząc, że droga jaką w tej materii obraliśmy jest najlepsza jaka może być. Przez te kilkanaście minut dziennie Julcia musi pracować i to właściwie tyle, co od niej na co dzień się wymaga wbrew jej woli. Jula się buntuje, ale nie ma wyjścia. Pan Roland powiedział jasno – gdybyście robili to co chce Jula to siedziałaby sobie w wózeczku, szczęśliwa i zadowolona ale stopniowo jej stan by się pogarszał, usztywniały by się mięśnie… trzeba walczyć i jeżeli nie będziemy tego robić to będzie to tylko i wyłącznie nasza wina.
Jula owszem buntuje się na zajęciach, ale też często się uśmiecha w chwilach przerwy, jej zaufanie do Sebastiana i sympatia jaką ma do niego nie zniknęły, a to dobry znak. Był czas kiedy próbowałam ją zabawiać w trakcie zajęć, książeczki, bajeczki itd (jestem w tym dobra podobno i zdecydowanie nie jest to komplement). We Wrocławiu usłyszałam – Jula musi wiedzieć, że to są ćwiczenia, teraz ma pracować i na tym się skupić. I faktycznie, oglądając książeczkę uspokajała się, ale przestawała ćwiczyć. Praca to praca a Sebastian wystarczająco z nią rozmawia, bo w Vojcie bardzo ważne jest żeby mówić do dziecka i cały czas podkreślać jak dobrze pracuje i jak świetnie sobie radzi.
Roland w trakcie kursu zwracał uwagę rehabilitantom żeby mówili do Julci – nie podchodzili i z marszu np. obracali ją na brzuch ale mówili “Jula teraz obrócę Cię na brzuch”, “teraz daj mi tu rączkę” “teraz obracamy główkę” no i cały czas motywowali ją do pracy. To bardzo ważne, zresztą Jula tak fajnie pracuje, że słowa pochwał aż same cisną się na usta
Można więc śmiało powiedzieć, że w rehabilitacji Julci rozpoczął się nowy rozdział, jako rodzice mamy nadzieję, że słusznie zrobiliśmy stawiając na Vojtę, a pobyt we Wrocławiu nas w tym utwierdził. Czy postępujemy dobrze?… nie mam zielonego pojęcia… bo niby skąd?… studiów pt. “jaka droga rehabilitacji jest najlepsza dla Julci” nie skończyłam… nie wiem czy czegoś nie przegapię, czy coś można byłoby zrobić lepiej… nie mam wykresu rozwojowego jak u zdrowych dzieci, wg którego mogłabym ocenić czy jest dobrze i idziemy wg grafiku, czy może coś po drodze przeoczyliśmy…kierujemy się głównie instynktem z przeświadczeniem, że jako rodzice wiemy co dla Julci najlepsze. Opieramy się przy tym na doświadczeniu i wiedzy Sebastiana, który już nie raz potwierdził, że w tej dziedzinie warto mu zaufać.
A Julcia ufa nam i zrobimy wszystko żeby tego zaufania nie zawieść
no to się zrobiło podniośle jakoś… ![]()
to pewnie ten nastrój melancholijno-świąteczny jakoś mi się udzielił. Właśnie szykuję menu świąteczne a “szykuję” w tym wypadku oznacza “wpatruję się w kartkę z dumnie napisanymi słowami: bigos i sernik” bo tyle wymyśliłam przez ostatnie dwa dni… Muszę się nieco jednak z tym me u posunąć do przodu bo mi zabraknie czasu na zakupy…
Mam jeszcze zaległe zdjęcia z Michałkowa i z gościńca w którym mieszkaliśmy, ale menu póki co ważniejsze więc zabieram się do niego.
piękna nazwa prawda?!
Braciszku jesteś wielki! napisałam to w tytule z kilku powodów:
- koszatniczka owa (zapraszam do zapoznania się z fizjonomią zwierzątka w google ) to nowy nabytek mojego Braciszka właśnie
- to łatwy sposób na sprawdzenie tej skomplikowanej nazwy z której zapamiętaniem mamy z rodzicami nie wiedzieć czemu, troszkę problemów
- to cudna nazwa i poprawia mi nastrój ilekroć tylko ją sobie przywołam
także Juniorku kochany – witaj w rodzinie
tymczasem przed nami wielka wyprawa, choć może nie tak wielka jak długa i daleka.
W niedzielę jedziemy do Wrocławia gdzie od poniedziałku do środy Jula będzie uczestniczyła w szkoleniu vojty jako tzw. model, to dla nas fajna okazja do nauczenia się metody tak naprawdę u źródła bo szkolenie prowadzi kadra niemiecka. Szkolenie oczywiście nie jest dla nas tylko dla fizjoterapeutów, będziemy tam gośćmi, co umożliwił nam Julci rehabilitant. Ponieważ wiążę z metodą vojty duże nadzieje i naprawdę mnie fascynuje, chciałabym z tego szkolenia wynieść jak najwięcej.
Tyle do środy.
W środę ruszamy do Bielska gdzie Jula będzie do 9 grudnia na turnusie w Michałkowie. Troszkę wydłużyliśmy turnus po to, żeby nie wracać z Wrocławia do domu i potem znowu wyjeżdżać. Myślę, że po Wrocławiu Jula może być nieco wyczerpana więc do właściwego początku turnusu (28.11) będzie miała tylko zajęcia z Gosią i pieskami za którymi na pewno bardzo się stęskniła
i może jak się uda to z logopedą.
i powrót do domu 10 grudnia
to się stęsknimy!… ![]()
Jula ostatnio zrobiła się bardzo domowa – od trzech tygodni nie była w przedszkolu i siłą rzeczy przez kolejne trzy znowu nie pójdzie. Troszkę chorowała – dopadła ją angina i przez to siedziała w domku, nie trzy tygodnie oczywiście chorowała, ale jakoś tak z rozpędu postanowiłam że zostanie na wszelki wypadek do wyjazdu w domku.
Powinnam być już w trybie wyjazdowym ale jakoś zupełnie nie mam weny… zresztą pakowanie nigdy nie było moją mocną stroną i zdecydowanie nie ulubioną czynnością… no ale mus to mus… na tak długo nigdy nie wyjeżdżaliśmy chociaż Damian twierdzi że u mnie nie ma różnicy w pakowaniu się na dwa dni i dwa tygodnie… i niestety ma rację
no bo przecież nigdy nie wiadomo co się może przydać
i w sumie powinnam teraz sporządzać przynajmniej plan pakowania ale siedzę i skrobię sobie tutaj bo każdy powód żeby to odwlec jest dobry.
Na Julci subkoncie w fundacji pojawił się już 1%. Bardzo dziękujemy wszystkim którzy przekazali nam swój, dzięki temu możemy spokojnie planować dalszą rehabilitację
chyba już wszystko napisałam – czas planowania pakowania nieubłagalnie się zbliża… może jutro?…
Piękna jest jesień tego roku, jest ciepło, sucho, kolorowo i słonecznie… po prostu złota polska jesień
grzechem byłoby z jej łaskawości nie skorzystać i nie zrobić sobie kilku (no dobra – kilkuset…) zdjęć na jej łonie… z takim zamiarem wyruszyliśmy do jednego z naszych parków aby minionej niedzieli oddać się przyjemności obcowania z naturą i aparatem
przy czym z naturą bardziej obcowałam ja z Julcią a z aparatem wiadomo – Damian
Taka sesja mamy z córką jest zresztą całkiem na czasie biorąc pod uwagę fakt, że właśnie rozstrzygnięto w naszym mieście konkurs z cyklu “metamorfozy” dla mam i córek właśnie, w którym to nagrodą jest m.in sesja zdjęciowa zrobiona przez mojego męża.
My co prawda w konkursie nie wygrałyśmy (pewnie trzeba byłoby wcześniej się zgłosić…) ale za to tak się składa że mamy znajomości u fotografa więc sesję miałyśmy ![]()
Swoją drogą skoro już mamy te znajomości i tak świetnego fotografa pod ręką, to może można byłoby zorganizować taki konkurs dla mam i dzieci niepełnosprawnych – nam też się należą metamorfozy
jeżeli byłby ktoś chętny – proszę piszcie, pomyślimy i może coś z tego wyjdzie
póki co, zamieszczam zdjęcia z naszej sesyjki, choć chyba jednak my tam byłyśmy dodatkiem do pięknego krajobrazu, że się tak skromnie wyrażę…
jak w liściach to porządnie
portrety z liściem…
tak bez komentarza, po prostu – Zaduszki
te nic nikomu zapewne nie mówiące liczby dla mnie zaczynają dzień
o 7.19 ni mnie ni więcej dzwoni mój budzik komórkowy (tzn wibruje bo to jeszcze nie czas żeby Jula się musiała budzić…) i nie mam pojęcia dlaczego akurat o tej godzinie a nie np o 7.22
W każdym razie następne dziesięć minut, po których budzik przypomina że czas już się podnieść, jest cudnym czasem kiedy “jeszcze nie muszę wstać”
ale jak już 7.29 sugestywnie i nachalnie wibruje i wibruje – nie ma mocnych, czas wstawać ![]()
zdaję sobie sprawę z tego, że godzina o której wstajemy z Julcią dla niektórych jest już prawie środkiem dnia (buziaczki Sylwuniu kochana!) i wstawanie o tej porze to żaden szczególny wyczyn, ale dla nas owszem
Najgorzej jak Jula się nie kwapi do wstawania, bo budzenie jej nie jest łatwe i zajmuje największą część porannego czasu przedprzedszkolowego ![]()
To taka mała dygresyjka poranno-budzeniowa ![]()
Teraz czas przejść do konkretów a takim niewątpliwie jest fakt iż moi Rodzice ukochani przylecieli do nas na dwa tygodnie zza wielkiej wody czyli z Anglii ![]()
Przylecieli w niedzielę i od razu spotkaliśmy się na rodzinnym obiadku, z którego to oczywiście mamy obszerny fotoreportaż ![]()
Co tu zresztą dużo dodawać, było wesoło, sympatycznie i smacznie, tęskniliśmy tylko za naszym najmłodszym Braciszkiem który ciężko pracuje w Anglii i nie może narazie nas odwiedzić – Adaś buziaki od nas ogromne!
pozostaje już tylko fotoreportaż
Nie ma to jak z Dziadkiem
i dołączył Wujcio
a w międzyczasie w kuchni trwała degustacja przedobiadkowa pysznych pierożków autorstwa Łukasza i Dominiki
Julci też smakowały
była też lazania i sałateczka
i torcik chałwowy zrobiony przez Damiana
potem zostało już tylko przymierzanie kupionych w Anglii ciuszków – jak na babki przystało ochoczo się do tego zabrałyśmy
szwagiereczki i ich sukieneczki
butki – nie dla mnie, ale przymierzyć trzeba
i jeszcze kilka przytulińskich portrecików
z moim Braciszkiem kochanym
i zakochani
Jula miała swój kącik malarski
i na koniec jak na porządną imprezkę przystało – toaścik