Obecnie przeglądane: bieżące sprawy

widok z okna :)

po prostu lubię nasz widok z okna latem…

w kombinezonach

zanim jeszcze przejdę do tytułowych kombinezonów jedna rzecz: pochwaliłam się ostatnio, że Jula nie miała napadu prawie trzy miesiące i wyszło, że “prawie” robi wielką różnicę. Przedwczoraj zdarzył jej się ten tzw “większy” nocny i nie wiem czy to dlatego, że jakoś tak inaczej wyglądał niż zwykle, czy dlatego, że dużo czasu minęło od ostatniego ale zestresowałam się bardziej niż zazwyczaj i nawet w całym tym stresie mówiłam do Julci i pytałam jej czy dać jej jeszcze wlewkę… cóż, w każdym razie wlewkę dostała od razu bo nie ma co czekać i zastanawiać się czy może przejdzie samo czy nie… odespała i wygląda że jest w porządku, ale to zawsze jest dla nas stres…
ostatnio Jula jest nieco bardziej oporna na zajęciach, więcej marudzi i jakby więcej wysiłku wszystko ją kosztuje, nie wiemy czy to przez tą okropną pogodę, choć chyba nie można wszystkiego nią tłumaczyć… czy może jest przemęczona. Ten kryzys dotyczy tylko ćwiczeń, na zajęciach u Pani Agnieszki i z pieskami jest super, także spadek pewnie dotyczy typowo fizycznej dyspozycji. W przyszłym tygodniu planujemy wybrać się na jeziorko na kilka dni więc będzie czas żeby odpocząć. Na lepszą pogodę i tak nie ma co liczyć więc trzeba brać co lato daje :)

Wracając do tytułu wpisu, byliśmy z Julcią w ośrodku “Arka” o którym już wcześniej pisałam. Nasza znajoma, Ola otworzyła go jakiś już spory czas temu i prężnie działa organizując turnusy rehabilitacyjne i indywidualne zajęcia. My dochodzimy tam sporadycznie, na tyle na ile pozwala nam czas (to zaleta posiadania ośrodka w swoim mieście :) ) i zgranie z codziennymi zajęciami Julci. Zależy nam na tym, żeby Julcia poćwiczyła troszkę w kombinezonach Dunag02 w których ćwiczy w Michałkowie z fajnymi efektami. Pierwsze zajęcia w Arce polegały głównie na dopasowaniu kombinezonu do Julci i znalezieniu prawidłowego upięcia w siadzie przy pionizacji w pająku, a nie jest to łatwe. Na pewno następnym razem pójdzie już sprawniej.

Damian był z nami więc zdjęć nie brakuje :)

Arka rehabilitacja Elbląg dunag Arka rehabilitacja Elbląg dunag

Arka rehabilitacja Elbląg dunag Arka rehabilitacja Elbląg dunag Arka rehabilitacja Elbląg dunag

Arka rehabilitacja Elbląg dunag Arka rehabilitacja Elbląg dunag Arka rehabilitacja Elbląg dunag

Arka rehabilitacja Elbląg dunag Arka rehabilitacja Elbląg dunag

Arka rehabilitacja Elbląg dunag Arka rehabilitacja Elbląg dunag

Arka rehabilitacja Elbląg dunag Arka rehabilitacja Elbląg dunag

Arka rehabilitacja Elbląg dunag Arka rehabilitacja Elbląg dunag Arka rehabilitacja Elbląg dunag

różne takie

witam serdecznie :)
pogoda nas ostatnio nie rozpieszcza, w ogóle lato jest chyba na urlopie… i przysłało w zastępstwie upały, duchoty i deszcze… nie wypada mi jednak narzekać w obliczu tego co dzieje się na południu Polski, mam nadzieję, że aura w końcu zrobi się łaskawsza. Jula nadal kiepsko ją znosi, jest niespokojna, ma te “małe” napady w ciągu dnia, mimo, a może właśnie dlatego, że nie miała takiego, który nazywamy “dużym” w nocy już prawie trzy miesiące (do tej pory miała je mniej więcej raz na miesiąc). Fakt, napady jakie ma w nocy są dla nas bardziej stresujące bo trwają długo (ok 2,3 min) czasem trzeba da wlewkę która przerywa atak bo nie chce sam ustąpić, Jula się przy tym krztusi śliną bo jest tak wygięta że nie może jej przełykać… tylko te tzw “małe”, mimo, że kilkusekundowe i bardzo mało zauważalne, pod względem neurologicznym są równie niebezpieczne a może nawet bardziej, bo jest ich więcej i Jula wygląda na wyczerpaną fizycznie. Tak jak ostatnio pisałam, częściej śpi w dzień i jest troszkę przygaszona albo wręcz przeciwnie – nadmiernie pobudzona, jakby nie do końca radziła sobie z emocjami. Na szczęście to z reguły mija (tak było w poprzednie i jeszcze poprzednie lato) ale jednak trochę trwa a najgorsze są okresy zmian pogodowych, a to co ostatnio mamy to jedna wielka zmiana pogody – cieplej, zimniej, cieplej, zimniej…

Odwrotnie proporcjonalnie do reakcji na zmiany pogodowe Jula świetnie radzi sobie na zajęciach, szczególnie na ćwiczeniach, co, biorąc pod uwagę dosyć inwazyjną naturę Vojty, jest dla nas zaskakujące. Dobrze sobie radzi, reaguje na stymulację książkowo, nawet ostatnio zauważyłam, że lepiej radzi sobie z językiem w czasie jedzenia i myślę, że to zasługa Vojty właśnie, bo zbiegło się to czasowo z wprowadzeniem przez Sebastiana tej metody.
Sceptycyzm jaki miałam w stosunku do Vojty zdecydowanie się zmniejszył i przerodził w coś w rodzaju czujnego strażnika przed wpadnięciem w nadmierny zachwyt, co mi się niestety często zdarza. Jest dobrze i to jest najważniejsze. Jula może nie jest zachwycona samą stymulacją, ale Sebastian tu ją zagada, tam pośpiewa, naopowiada wierszyków, no i obietnica masażu po ćwiczeniach zdecydowanie motywuję Julcię do działania :) i nie zauważa często nawet kiedy musi z siebie wykrzesać duże pokłady siły. Nawet Damian, od początku zdecydowanie bardziej negatywnie nastawiony do samej idei, powoli zaczyna dostrzegać pozytywy :) .
W wakacje Julcia ma więcej zajęć z pieskami – trzy razy w tygodniu po godzince, to dla niej radość w najczystszym wydaniu :) Jej uśmiech zwiększa się w miarę zbliżania do sali a jak już widzi pieska to przestajemy istnieć (właściwie wszystko inne przestaje istnieć :) ) moglibyśmy wyparować i Jula nawet by nie zauważyła… :)
To wspaniałe wiedzieć co jej sprawia tyle przyjemności i móc jej to dawać :) Nagrodą jest widok jej roześmianej twarzyczki :)
Zajęcia logopedyczne z Panią Agnieszką to też frajda dla Julci, choć wymagania są konkretne. W tym przypadku jej radość jest narzędziem do osiągnięcia celu czyli uzyskania twierdzącej odpowiedzi na pytanie czy chce daną rzecz jeszcze robić. Nic tu się nie dzieje bez powodu :)

Pisałam że mam kwiatki na balkonie, a teraz mogę też nawet je pokazać bo Damian zrobił im sesję profesjonalną :)

a jak już o sesjach mówimy to na jedną załapała się też pizza nasza obiadkowa, którą zrobiłam kilka dni temu, a załapała się dlatego, że była naprawdę bardzo fotogeniczna :) smaczna na szczęście przy okazji też :) nawet Julcia wciągnęła dwa kawałki (my dwie pizze :) )

na koniec jeszcze buziaczki dla siostry Damiana, Cioci Marty która zrobiła nam ostatnio (mi i Julci w sensie :) ) całkiem profesjonalny maniciure, z o ile ze mną idzie raczej łatwo, tak z Julcią niekoniecznie ale Marta dała radę i Jula ma ślicznie paznokietki jak na małą damę przystało :)

a ja zrobiła zdjęcia :)

pozdrawiam i dobranoc :)

kwiatki na balkonie :)

Witam serdecznie po dłuższej przerwie, tak to jest, że jak Julcia jest w domku to moja organizacja czasu (ogólnie zresztą nie należąca do najlepszych…) siada całkowicie… Rano zawsze mam tyle planów! cóż to my dziś nie będziemy robiły!… przecież mamy cały dzień… :) okazuje się, że “cały dzień” to niekoniecznie tak dużo czasu… szczególnie jak jest zorganizowany wg planu zajęć Julci, a na niedobór tych, nie narzekamy :)
Teraz mam chwilkę tzw “ekstra” bo niespodziewanie Jula zasnęła śpi już ok godziny. Ostatnio zdarza się jej to częściej, nasza teoria jest taka, że to ze względu na pogodę i małe ataki jakie ma w ciągu dnia… w każdym razie jak ma ochotę spać to niech sobie robaczek śpi, widocznie organizm potrzebuje i nie będziemy z nim dyskutować. Widać było, że jest przygaszona lekko i nawet specjalnie nie miała apetytu, mam nadzieję, że jak się obudzi będzie w formie :) Dziś miała tylko dogoterapię rano więc może sobie odpoczywać ile wlezie :)
No ale muszę oczywiście nawiązać do tytułu wpisu, skoro już napisałam o kwiatkach. Mam na balkonie kwiatki i to jest o tyle istotna informacja, że ostatni raz miałam je na balkonie… (w sumie nie pamiętam kiedy, ale wiem że już kiedyś były…). W tym roku jakoś tak sama chciałam nieco ukolorowić otoczenie balkonowe i zrobić tak, żeby można było sobie z przyjemnością wypić na nim przy stoliczku kawkę. Taki był plan (nieco odroczony całym tym remontem) i tak też się stało. Kwiatki są (nie mam pojęcia jak się nazywają, kupowałam na wygląd), jest kolorowo, a inwestycja w ożywianie nieco wnętrz zielenią na tyle mi si spodobała, że nawet wzbogaciłam sobie kuchnię o zioła w doniczce, a zioła lubię wszędzie a jak wiadomo, smak i zapach świeżych jest nieoceniony (szczerze polecam bazylię cytrynową – cudnie pachnie i świetnie nadaje się do herbaty zamiast cytryny, co biorąc pod uwagę szkodliwość takiego połączenia, jest bardzo praktyczne).
To tyle ze spraw bieżących. Lecę zobaczyć jak tam Julcia.

pozdrawiam

jeszcze o emocjach ale już nie tylko :)

Będą dwie dobre wiadomości:
Pierwsza to oczywiście pierwszy w historii medal siatkarzy na LŚ a druga to że ostatni raz wspominam na blogu o siatkówce… :) (przynajmniej do Mistrzostw a to jeszcze długo :) ) Warto było się podenerwować słabszymi momentami po to żeby ostatecznie cieszyć się ze zwycięstwa z chłopakami :) Cieszyła się też Julcia, która, jak przystało na porządną kibickę, oglądała z Mamą mecze, a bardzo to lubi :) Wczoraj, ponieważ się obudziła pod koniec meczu o złoty medal i nie bardzo chciała zasnąć, załapała się na dekorację medalową, którą obejrzeliśmy sobie w trójkę, bo jak tu po obejrzanych meczach przepuścić takie widowisko :)
Jeden z wcześniejszych meczów też obejrzała z nami mimo późnej pory, w końcu ma wakacje :) a na zajęcia spokojnie wstanie (najwcześniej ma na 9).
Taka to nasza mała kibicka rośnie :)
No ale dosyć o siatkówce, wracamy do codziennych spraw.
Damian jeszcze nie wyszedł z problemów z kręgosłupem, nadal go boli, okazało się że ma skręcony jeden z kręgów, stąd ucisk i ból, ciekawe że ten sam RTG miał na pogotowiu i tam opis był bez zastrzeżeń, a jak poszedł do neurologa to ten spojrzał na zdjęcie i od razu powiedział co i jak… W każdym razie dzielnie sobie radzi mimo bólu, bo takie czasy że pracy nie można odpuścić… póki co na przepisanych środkach rozluźniających i przeciwbólowych i za dwa dni ma iść do tego samego neurologa, który ma specjalizację z terapii manualnej i spróbuje mu ten krąg nastawić (nie mógł od razu bo mięśnie były zbyt napięte wokół kręgu).
Tymczasem Jula mimo wakacji pracuje codziennie. Właściwie tylko w piątek Jula ma jedne zajęcia, w pozostałe dni co najmniej dwie terapie, a bywa że i trzy. Ale teraz kiedy nie ma przedszkola mamy na nie cały dzień, co znacznie poszerza nasze możliwości czasoprzestrzenne dostosowania się do godzin :)
Sebastian wprowadza powoli metodę Vojty. Narazie stopniowo i bez szału – próbuje i obserwuje reakcje i ja też przy okazji przyczajona cichutko za rogiem pokoiku, bo jak Jula mnie przyuważy to zaczynają się marudzenia – sami najlepiej się tam dogadują. Odruch sprawdzania co się dzieje jak Jula płacze w trakcie ćwiczeń oczywiście mam i pewnie jako rodzic będę miała zawsze, ale szczerze powoli zaczynam doceniać sytuację w której z Juli płaczem i protestem musi radzić sobie Sebastian, nie ja i wręcz nie powinnam ingerować, bo krzywda jej się nie dzieje a moja obecność tylko potęguje protest. I jakoś to funkcjonuje, choć Jula bardzo rzadko marudzi Sebastianowi a i on już ją zna na tyle, że wie kiedy trzeba odpuścić i dać jej odetchnąć. Najważniejsza jest równowaga :) Każdy ma swoje racje a Jula to już duża panna więc czasem jej zdanie też musi być brane pod uwagę :)
Wracając do samej metody Vojty, to choć niewiele jeszcze Jula jej ma, to podoba mi się to co obserwuję na zajęciach, to jak reagują mięśnie i (dzięki cierpliwości rehabilitanta do moich ciągłych wątpliwości i pytań) wiem co konkretnie u Julci ma to zmienić. A Jula, choć widać że jest to dla niej męczące, jest dzielna i fajnie sobie radzi.
Damian ostatnio pstryknął nawet kilka zdjątek bo dawno nie robił Juli na ćwiczeniach:

W niedzielę odwiedziła nas moja Kasieńka, na stałe mieszkająca z mężem i synkiem w Anglii, która przyleciała z synkiem na tydzień do Polski. Maiki, który jest naszym chrześniakiem, ma trzy latka i jest przesłodki :) Jula początkowo z rezerwą, jak to ona do dzieci, ale w końcu jednak z uśmiechem obserwowała jak biegał w około między zabawkami :)
Damian oczywiście z aparatem też trochę pobiegał :)

pozdrawiam :)

emocje, emocje…

a dokładnie ich ogrom i to zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych… a to oczywiście za sprawą ostatniego meczu naszych siatkarzy w ramach Ligi Światowej. Dla takich właśnie chwil ogląda się takie wydarzenia! :) No oczywiście nie każdy musi zaraz ryczeć jak bóbr jak np ja… (moi rodzice podzielali podobno tej rodzaj ekspresji :) ) ale jeżeli moja koleżanka, zagorzały kibic, nie wytrzymała i z nerwów schowała się pod kołdrę to musiało się dziać! :) Wczoraj w przypływie adrenaliny już nawet obiecałam Mamie i Sylwi zawiesić plakat Piotrka Gruszki nad łóżkiem (a że śpię z Julcią, to przynajmniej Damian nie musiałby na niego patrzeć… :) ) no i Bartka, bo chłopak po prostu przerzedł sam siebie a zresztą co tak Piotruś będzie sam wisiał… :) No ale dziś już po ponownym przeanalizowaniu sprawy stwierdziłam jednak że mój głos bezwzględnego uwielbienia na łamach niniejszego postu musi wystarczyć :) Także chłopaki kocham Was!
Na szczęście mój mąż, choć nie do końca podziela, to jednak ze zrozumieniem przyjmuje tę dzikość, jaką mam w oczach w czasie oglądania meczów (i na dzikości zaprzestanę bo słowa komentarzy wydarzeń na boisku jakie wtedy padają niekoniecznie nadają się do przytoczenia… ) :)
A wczoraj emocje się nawarstwiły bo polska publiczność miała dwa mecze prawie pod rząd w których kibicowała równie gorąco – najpierw Bułgarii, potem nam. Nie będę się teraz wdawać w szczegóły czemu Bułgarii akurat bo to nie sportowy serwis informacyjny a większość z Was i tak nie specjalnie to interesuje (zakładam, że Ci, co ich interesuje – wiedzą) ale doping był niesamowity. Moja wspomniana już koleżanka kibicka, która z przyczyn obiektywnych nie mogła śledzić meczu w TV i była zdana na moje smsowe relacje, zastrzeliła mnie smsem na samym początku – “Bułgarzy grają czy tylko zajmują boisko?…” Gosiu jesteś wielka! :) A Bułgarzy grali… i to jak! Żabciu, jednak Twoje wcześniejsze zdziwienie dobrą grą Włochów było w pełni uzasadnione :)

Za dużo tej siatkówki a piszę celowo przed meczami finałowymi, bo obawiam się (patrząc na świetną grę Rosji) że mój obecny entuzjazm może później nieco opaść i wydźwięk postu byłby już inny, a należą się chłopakom brawa póki co za ten cudny mecz pt. ” nie z takich opresji już wychodziliśmy…” i “nie ma takiej przewago jakiej nie jesteśmy w stanie odrobić…” :)

to tyle póki co, a co będzie później – zobaczymy :)

witam witam :)

Można powiedzieć, że już po remoncie, choć jeszcze nie wszystko jest zrobione. Nawet pomyślałam, że mogłabym zamieścić zdjęcie z cyklu “przed i po” ale byłby mały problem ze zdjęciem “przed” bo go po prostu nie zrobiłam… a okazuje się (sprawdziłam – wiem) że nie jest tak łatwo w niemałej umówmy się, ilość zdjęć jaką posiadamy, znaleźć konkretnie daną część mieszkania… cóż, trudno musicie mi wierzyć na słowo że jest dużo fajniej niż było :) Jeszcze małe odmalowanie i będzie skończone :)
Tymczasem Julci skończył się kolejny rok przedszkola, formalnie wkroczyła teraz w wiek szkolny więc trzeba postarać się o odroczenie, co takie znowu trudne nie jest. Trzeba tylko przypilnować formalności.
Koniec roku był zaplanowany na 30 czerwca i ośrodek zorganizował go jak co roku bardzo pomysłowo i kolorowo, a do tego smacznie bo był w formie pikniku. My niestety, mimo dużych planów nie mogłyśmy w nim uczestniczyć bo Damian dźwignął coś u siebie w studio tak niefortunnie że poważnie nadruszył sobie kręgosłup i naderwał mięśnie. W rezultacie przez dwa bite dni nie był w stanie z bólu stanąć na nogi i mimo zastrzyków przeciwbólowych niespecjalnie mu się poprawiało. Była u nas znajoma z zastrzykiem przeciwbólowym, koleżanka fizjoterapeutka, żeby mniej więcej ocenić stan, Pani, która przyjechała żeby okleić plecy kinesiotapingiem, było pogotowie z zastrzykami, lekarze na telefon i w końcu, jak Damian już był w stanie stanąć, RTG w szpitalu, które na szczęście nie wykazało problemów z kręgosłupem.
To były zwariowane dni i cieszymy się bardzo, że idzie ku dobremu i Damian wraca do formy. To nam uświadomiło jak bardzo trzeba na siebie uważać i jak niewiele trzeba żeby sobie zrobić krzywdę… my dla Julci musimy być zdrowi i silni, nie ma zmiłuj!
Do tego Jula znowu odreagowuje zmiany pogody, ostatnio miała takie mini ataki w ciągu dnia, które niestety “mini” są tylko z wyglądu, bo są bardzo wyczerpujące. Musiałam jej dać wlewkę diazepamu tak zachowawczo, bo wyglądała na bardzo niespokojną i zupełnie wyłączoną. Wlewka wyciszyła ją i jak narazie jest lepiej, choć pogoda znowu wariuje…

A teraz o przyjemniejszych sprawach – wczoraj na obiadku była u nas moja rodzinka, Mama z braćmi i Dominiką (Dominisiu wiesz że Ty to już jak rodzina :) przy okazji jeszcze raz gratulacje zdania prawa jazdy! ). Jak zwykle było wesoło, szczególnie widać to było po Julci :)
Muszę się pochwalić że zrobiłam (z pomocą Julci, co widać na zdjęciach) pyszne bułeczki drożdżowe, które robię chyba tylko dlatego że sama jest uwielbiam :)
zresztą nie ma co tu dużo mówić, trzeba pokazać

Jula bardzo lubi jak robię coś z nią w kuchni i dużą frajdę sprawia jej pomaganie mi :)
ciasto drożdżowe jak wiadomo musi być dobrze wyrobione

jakie bułeczki wyszły każdy widzi :)

praca w kuchni szła pełną parą, miałam też innych pomocników, w końcu rodzinny obiad wymaga rodzinnych przygotowań :)

prace w kuchni szły pełną parą (dosłownie… ) ale na wspólne zdjęcie z kochanymi braciszkami zawsze znajdzie się czas :)

Julcia z Babcią Danusią i Ciocią Dominisią

i jeszcze uwiecznione chwile radości :)

pozdrawiam :)

jeszcze w trybie remontu

Ciągle jeszcze coś trzeba przyszlifować, wykończyć, dociąć i podmalować także niby koniec ale jeszcze do sprzątania daleko…
Tymczasem staramy się funkcjonować tak jak zwykle, Jula jeździ do przedszkola i ma zajęcia popołudniowe wg stałego grafiku. Pan który nam robi remont działa i już powolutku wyłania się efekt końcowy :) jeszcze tylko chwilka…. :)
Dziś wyjęłam Julci kolejnego ząbka, dolną jedyneczkę. Obok rośnie już nowy – pierwszy stały ząbek :) Rozkręciły się te ząbki, dolna dwójeczka się już rusza, także niedługo też pewnie wypadnie.
W czwartek Julka ma koniec roku i wakacje! Będzie mnóstwo czasu na zabawę :)
Więcej nie piszę, bo ostatnio tylko piszę i piszę, czas na zdjęcia :)

Jeszcze zaległe z tygodnia w którym byliśmy u Damiana rodziców

jak już wcześniej wspominałam – miałyśmy z Julcią dużo czasu na relaksik a piękny ogród jaki jest za domem wspaniale się do tego nadawał :)

i my :)

nie straszne nam były nadciągające ciemne chmury

przyszedł też czas na porządną grę w piłę! (nożną oczywiście :) ) Julcia starała się nie zostawać w tyle za biegającymi dookoła kuzynami :)

ta mina mówi wszystko :)

w domu też było wesoło :)

i Julcia z kochaną Prababcią

W długi weekend byliśmy u mojej Mamy na pysznym obiadku z okazji jej imieninek, było dużo śmiechu jak to zawsze z wujkami i Babcią ale nieoczekiwanie źródłem największej radości okazały się moje wyczyny na 10 urodziny, uwiecznione na taśmie VHS, które to Łukasz, wraz z innymi nagraniami koniecznie chciał obejrzeć. Jak oglądam takie imprezki to nie wiem potem czy to co się tam działo pamiętam z autopsji czy już z oglądanych od czasu do czasu kasetach. Jedno wiem – bardzo jestem wdzięczna rodzicom, że pomysł nagrywania takich uroczystości mieli bo dzięki temu teraz możemy przenieść się w te odległe czasy i, co tu dużo mówić – pośmiać się z siebie troszeczkę…
Okazuje się że w owym czasie miałam straszne parcie na szkło – gdzie kamera tam ja (bo nie odwrotnie… :) ) a jak z różnych obiektywnych i zupełnie niezależnych ode mnie przyczyn jednak nie udawało mi się załapać w kadr, dbałam o podkład dźwiękowy użyczając swojego głosu w przeróżnych piosenkach… Julcia po prostu ubaw miała niesamowity słuchając jak Mama śpiewa piosenkę przewodnią ówcześnie bardzo popularnej bajki “Wuzzle” albo, co gorsza, bliżej nie znanego mi dziś pochodzenia pieśń “do koluśka…” (biorąc pod uwagę częstotliwość pojawiania się tam tych słów zakładam że taki właśnie miała ona tytuł). A żeby nie było tak całkiem samokrytycznie, moja kuzynka, Ada, rok starsza ode mnie, miała równie dobrze przygotowany repertuar (coś o niejakiej Marysi z tego co pamiętam…), choć muszę przyznać że śpiewała o wiele ładniej :) Pozdrawiam Adę serdecznie przy okazji :) Jej siostra Ola (też serdecznie pozdrawiam i rozpędem Anetko Ciebie też :) ) za to pięknie i jednym tchem wyrecytowała popularny wierszyk o kotku i jajeczku :)
Eeech… to były słodkie i beztroskie (dla nas) czasy, miło powspominać :)

a to już zdjęcia z imprezki :)

jeszcze przed imprezką chwila przygotowań :)

ja mówiłam – było pysznie a do tego pięknie :)

Julcia u Babci zawsze uśmiechnięta :)

i ja z bratową :)

z Braciszkiem – młodszym z młodszych :)

i babeczki razem :)

jak mówiłam, ubaw przy oglądaniu był ogromny :)

i jeszcze mała prywatna sesja zdjęciowa z okazji okazałego kapelusza jaki kupiła sobie Mama :)

Mama, dla której makijaż zawsze był i jest bardzo ważny, uznała, że nie do końca najlepiej wyszo mi to tuszowanie rzęs… więc zanim się zorientowałam już siedziałam z zamkniętymi oczami a Mama malowała mi oczy :) Damian przy tej okazji zrobił kilka zdjęć :)

pozdrawiam :)

remont remont… i nie tylko

Remont trwa, a my z tej okazji wyprowadziliśmy się na parę dni do Damiana rodziców, troszkę za miasto. Od niedzieli jesteśmy już u siebie, ale moi teściowie gościli nas cały tydzień i było nam naprawdę dobrze za co bardzo bardzo dziękujemy :) (nie żebym nie podziękowała osobiście, ale nie zaszkodzi jeszcze raz :) ).
Damian jeździł do pracy a my z Julcią niewiele się wynurzałyśmy w stronę miasta. Jula nie jeździła do przedszkola, Sebastian przyjeżdżał do nas, (za co też bardzo dziękujemy), także praktycznie jeździłyśmy tylko do pani Agnieszki na godzinkę na zajęcia logopedyczne. Miałyśmy z Julcią naprawdę wczasy :) Domownicy dzielnie znosili okupowanie przez Julcię TV w ilości czasu dla nas normalnej jednak dla innych nieco zbyt wydłużonej :) Ale po kilku dniach Julci nie było już tak łatwo przebić się ze swoim fochem jak na ekranie pojawiało się nie to na co miała ochotę… Babcia i Dziadek już umieli sobie z nią poradzić :)

Jak tylko było można korzystałyśmy ze słoneczka i nawet udało się Julci opalić nieco, bo zwykle raczej ją przed opalaniem bronię. Daleko od zgiełku miasta jest cudnie… A do tego Damiana rodzice mają przepiękny ogród który codziennie po prostu prosi żeby do niego wyjść :)

Nie znaczy to jednak że mniej już lubimy nasze mieszkanko… wręcz przeciwnie, teraz o wiele bardziej :) szczególnie takie pozbawione jednej ściany i wyposażone w nową podłogę i drzwi wejściowe :)
Kurzu już nie ma, z grubsza można powoli zacząć funkcjonować mimo, że remont jeszcze trwa, dlatego wróciliśmy i w czasie jak Jula jest w przedszkolu coś tam już poogarniamy.

Nie byłabym sobą gdybym nie wspomniała o meczach (siatkówki oczywiście). Oglądałam owszem, jakże by nie, co prawda nie w zeszły weekend, bo założyłam, że sobie poradzą i bez mojego kibicowania z takie przeciwnikiem, ale w ostatni już koniecznie bo USA to nie przelewki. No przelewkami nie były, euforia mieszała się z “co oni wyprawiają?!…” niekoniecznie w tak łagodnej formie wyrażenia, ale mecze były bardzo fajne i to był kawałek dobrej siatkówki, szczególnie, że w drużynie pojawili się debiutanci. Przy okazji niespodziewanie okazało się że Damiana Mama kibicuje nie gorzej niż ja, a wręcz nawet lepiej biorąc pod uwagę natężenie krzyków w sytuacjach przeróżnej maści :) A wiadomo, że wtedy mecz się ogląda zdecydowanie lepiej.

Tak więc jesteśmy w domku, Jula jeździ do przedszkola, chodzi na zajęcia, ma wolne od zajęć z Sebastianem bo pojechał na kilka dni na kolejne szkolenie.

zdjęć mam sporo ale część jeszcze w aparacie Damiana więc poczekamy na wszystkie :)

pozdrawiam

ogólnie…zamieszanie

Zamieszanie oczywiście przez remont, choć nie jest tak źle jak się spodziewaliśmy. Ściany już nie ma :) podłogi zresztą też nie, za to kurz, tynk i inne niecodzienne odpadki są i to wszechobecne… Dziś postanowiliśmy już nie męczyć Julci tym nie do końca pewnie zdrowym środowiskiem, tym bardziej że komunikacja interpokojowa przy remoncie przedpokoju jest jednak nieco zaburzona (zakurzona zresztą też…) i jedziemy pomieszkać troszkę do Damiana rodziców. Teraz w porozumieniu z Sebastianem i Panią Agnieszką próbujemy dostosować do tego zamieszania Julci grafik zajęć popołudniowych i wcale nie jest łatwo… Do 14 Julcia jest w przedszkolu, później nieco się zaczyna komplikować ale to tylko kilka dni więc mam nadzieję, że jakoś przetrwamy :)
Weekend minął nam w rozjazdach. W sobotę Damian pracował a ja z Julcią byłam na pikniku rodzinnym w przedszkolu, dostaliśmy z Damianem piękne laureczki od Julci z okazji Dnia Mamy i Taty :) Po południu przyjaciele zaprosili nas na najlepszy na świecie placek po cygańsku, Jula zajadała z takim apetytem że nie mam pojęcia gdzie tyle go zmieściła :) ja szczerze też nie mam pojęcia gdzie zmieściłam to co sama zjadłam :) Był po prostu przepyszny :) szkoda że Damian nie mógł spróbować ale zostałam poinstruowana przez szefa kuchni i teraz sama mu taki zrobię :)
To sobota.
W niedzielę już w komplecie byliśmy na urodzinach Damiana Taty. Było jak zwykle wesoło i jak zwykle mnóstwo pysznego jedzonka :) do tego pogoda piękna więc spędziliśmy troszkę czasu na dworzu.
Dziś przyleciała z Anglii od Taty moja Mama a nawet nie mam jak się z nią zobaczyć przez to zamieszanie remontowe, dlatego teraz czekamy na koniec remontu.

Page 5 of 13« First...34567...10...Last »