kiedy topnieje śnieg…

Najpierw jest biało – pięknie, czysto i magicznie :) Potem temperatura nieco wzrasta i magia się kończy. Czasem myślę, że niektórzy właściciele psów, ową magię traktują dosłownie, oczekując, że to, czego nie sprzątnęli po swoich pupilkach i zakopali pięknie pod śniegiem, razem z nim magicznie zniknie.
Otóż nie znika, a wręcz przeciwnie, dobrze zimnem konserwowane, odsłania się w całej swej okazałości.
Lakiego mamy już ponad trzy lata. Przez cały ten czas obserwuję na spacerach innych i naprawdę niewielki odsetek sprząta po swoich psach, może trochę większy niż jeszcze rok dwa temu, ale nadal niewielki. Widać to zresztą obecnie na trawnikach.
“Mogłaby go Pani chociaż na trawę przesunąć” usłyszałam kiedyś od przechodzącej Pani, która zauważyła że Laki średnio trafił na trawnik, zahaczając troszkę o chodnik.
“Ale co za różnica, przecież zaraz to sprzątnę” powiedziałam zdziwiona lekko…
“Aaa, to przepraszam, niewiele osób sprząta…” – odpowiedziała zmieszana Pani.

Może i też powinnam reagować, ale typem “zwracacza uwagi” nie jestem. Wdawanie się w nieprzyjemną dyskusję, raczej z góry skazaną na niepowodzenie, nie można bowiem oczekiwać, że z owej wymiany zdań, strofowany właściciel wyjdzie oświecony z cyklu “to wszystko zmienia – teraz już będę sprzątał(ła)!”
Stosuję więc na spacerach technikę slalomu (nie zawsze się sprawdza…) i przeklinam w duchu rozciągający się wokół widok, skutecznie psujący relaksujący nastrój spaceru.
A może ta niechęć do sprzątania jest w nas zakorzeniona – zauważyłam, że Ci którzy psów nie mają, za największą uciążliwość związaną z ich posiadaniem, uważają właśnie konieczność sprzątania po nich.
“I dlatego właśnie nie mamy psa” usłyszałam ostatnio przy okazji rozmowy na ten temat. Ciekawa znajomość tematu ;) Dziecko, słysząc takie słowa u dorosłego, raczej się zniechęca.
Jako ugruntowany już właściciel chciałam więc z tego miejsca serdecznie i stanowczo zapewnić że nie jest to żadna uciążliwość a na tle obowiązków i codziennej opieki, czynność praktycznie niezauważalna. Za to szczęścia jakie płynie z obecności w naszym życiu takiego przyjaciela jak Laki, z jego bezwarunkową miłością i zupełnym oddaniem – przecenić nie sposób! :)

Sprzątajmy więc :)

Zdjęcia do zilustrowania owego postu nie zamieszczam – z powodów czysto estetycznych ;)

Serduszka

Nie pisałam nie pisałam a tu nagle piszę i od razu o miłości a co! :) Jak już jest tyle zamieszania wokół Walentynek to cóż mi szkodzi poddać się trendowi :) Były ciasteczka świąteczne, mogą być i walentynkowe :) Julka uwielbia pracę w kuchni, obserwuje z uwagą wszystko co robię a ja, niczym prowadząca program kulinarny, komentuję na głos każdy ruch. Okazuje się że nawyk mówienia na głos o wszystkim co się właśnie robi, przy dziecku niemówiącym, wyrabia się bardzo mocno i z czasem staje się niezauważalny. Kilka lat temu leżałam z Julcią w szpitalu, cały czas do niej coś mówiłam, nie spodziewając się oczywiście odpowiedzi – taki nieprzerwany monolog (Ci, którzy mnie dobrze znają wiedzą, że to moja mocna strona ;) ) . Pani, której córka leżała obok po pewnym czasie przyznała że na początku myślała że mówię do niej (wiedziała że Julcia nie mówi) i dopiero po czasie zorientowała się, że jednak do Julci. Ciągle :)
Była bardzo zdziwiona.

Wracając do ciastek. Miotam się więc zwykle po kuchni mówiąc cały czas i o wszystkim, Julcia siedzi w wózeczku i się uważnie przygląda :) Wszystkiego daję jej dotknąć, posmakować, powąchać, uczestniczy w każdej czynności. Oczywiście że całość jest to bardziej skomplikowana i nie zawsze idzie wg planu (Jula rozsypała prawie całą paczkę kuleczek do ozdabiania, zahaczyła rączką pojemnik – było wesoło jak Wiki biegała z odkurzaczem ;) ), oczywiście że sama zrobiłabym szybciej, ale po co? przecież sam proces jest super zabawą :)

I tak powstały ciasteczka :) Kolekcja foremek rośnie, ale nie zaszkodzi wzbogacić ją o wielkanocnego króliczka ;)

decyzje, decyzje….

Jeszcze przez kilka dni wypada zaczynać każdą rozmowę słowami “wszystkiego dobrego w Nowym Roku!”
Co niniejszym czynię :)
Nadejście Nowego Roku wytwarza w nas potrzebę powzięcia postanowień – czegoś, co najwyraźniej, postanowione w maju czy listopadzie, nie miałoby najmniejszych szans na powodzenie. Tak konkretna zmiana daty w kalendarzu, z bliżej nieokreślonych, (zapewne szeroko dyskutowanych przez psychologów) przyczyn, powoduje, że wszelkie, od dawna odkładane decyzje, wydają się łatwiejsze do podjęcia.
Do najbardziej popularnych należą te z serii pozbycia się jakiegoś, od dawna rujnującego nam zdrowie, nałogu. Powszechnie Wiadomo przecież, że, jeżeli rzucać palenie, to tylko od 1 stycznia (rok tu już aż tak ważnej roli nie odgrywa, może być każdy kolejny ;) ) Ilość reklam środków w tym pomagających nasila się znacznie pod koniec roku, co potwierdza ogólnie panujący trend.
Jako niepaląca, mogę tylko obserwować, jak trudna jest to droga.

Ale nie o paleniu, ani też o niepaleniu, miało być.

O włosach.
Julci konkretnie, córci naszej ukochanej i decyzji z nimi związanej.

Jula ma długie włosy, zwykle regularnie miała obcinane do długości “za uszko”, teraz niepostrzeżenie znacznie tę długość przekroczyły. A jak wiadomo, im dłuższe, tym trudniej podjąć decyzję o ich obcięciu i tak rosły…
Czemu w ogóle o tym myślę? Cóż, jakkolwiek brzmi to może bardzo przyziemnie i drastycznie, z powodów czysto praktycznych. Mycie i suszenie tak długich i grubych włosów, staje się powoli, dla Julci i dla nas nieco jednak kłopotliwe.
W rozpuszczonych Julcia chodzić nie może, za bardzo by jej przeszkadzały, a że włosy są dosyć konkretne i sama wiem jak potrafi boleć głowa po całym dniu noszenia końskiego ogona albo koczka, zastanawiam się czy Julę nie boli… nie powie mi bidula, więc mogę się tylko domyślać, po grymasie twarzy jak jej go zdejmuję.
I to rozczesywanie – nie jest to Julci ulubiona czynność, na szczęście dzisiejsze olejki do włosów pomagają.
Czesać Julcię w warkocze uwielbiam, (Mama mnie nauczyła, dziękuję Mamusiu!). Ale też nie jest to łatwe i wymaga ode mnie (i Julci) trochę czasu i wiele cierpliwości w utrzymywaniu głowy w odpowiedni sposób – Jula, dlaczego akurat teraz musisz patrzeć co robię?! – bajeczka jest tam! :)
Ale jak już są, Jula wygląda cudnie :) czasem, jak nie wierci się mocno w nocy, wytrzymują nawet na drugi dzień :)

I wtedy mi żal… tych włosów.
I ten koński ogon… zupełnie niepraktyczny na co dzień, bo przeszkadza przy siedzeniu w foteliku i wózku, ale jest piękny… więc jak tak po protu go uciąć?!…
I tak się waham…

włosy, julkaimy, czesanie, porażenie niepełnosprawni włosy, julkaimy, czesanie, porażenie niepełnosprawni włosy, julkaimy, czesanie, porażenie niepełnosprawni

Żeby się zmobilizować i nadać całości jakieś znaczenie, wymyśliłam, że obcięte włosy oddam do fundacji RakN’Roll, która z otrzymanych włosów, robi peruki dla ludzi po chemiach.
Potrzebne jest min 25 cm, Jula już by się kwalifikowała…
Ale jakoś tak, mimo szczytnej idei, jednak jeszcze się nie zdecydowałam…
I tak się zastanawiam co by Julcia powiedziała, (może – nie ma mowy! Mama może swoje oddaj jak jesteś taka hojna!..)
Podejmowanie w jej imieniu decyzji w tym akurat przypadku, jest jakieś niezręczne…

Mimo tej całej praktycznej strony…

Ach te decyzje…

Radość niczym nie zmącona?…

Stare Miasto, pięknie, kolorowo i wesoło. Mnóstwo straganów z ozdobami, wszystko w ciepłej oprawie świątecznej, po prostu kocham tę aurę! :) Tylko stać i chłonąć… Na scenie nasz lokalny elbląski chór Cantata, (Piotruś pozdrawiam! ) cudownie śpiewa kolędy i inne, nieco bardziej skoczne, piosenki świąteczne. Wzięłam Julcię na ręce, żeby lepiej widziała i bujałyśmy się razem w rytm muzyki, dobrze się bawiąc.
Radość:)
Jakie więc było moje zdziwienie, kiedy podszedł do nas Mikołaj i, wyciągając z wielkiego wora misiaka dla uśmiechniętej Julci, przytulił mnie nagle (Mikołaj okazał się Mikołajową, ale wiadomo, Święta, dużo pracy, Mikołaj nie wyrabia się z czasem, żona pomaga) i ze łzami w oczach, łamiącym się głosem życzył dużo zdrowia i wytrwałości, kiwając głową w geście “tak mi przykro…”

Przez moment pomyślałam że może coś mu/jej się stało, ale szybko zorientowałam się że chodzi o Julcię.
Mikolaj(owa) poszedł..
I szczerze poczułam się nieswojo…
Bo jak tu teraz wrócić do zabawy? Jak się cieszyć i nadal tańczyć z Julcią?… A może nie wypada tak się z tą radością afiszować?… Bo jak się cieszyć, skoro Mikołaj się smuci na nasz widok…
To oczywiście pytania retoryczne, bo do zabawy i radości oczywiście wróciłam.
Od razu.

A piszę o tym bo, o ile spotykamy się oczywiście z podobnymi reakcjami ludzi, którzy przecież nie mają nic złego na myśli, to nigdy nie widziałam takiego smutku w oczach Mikołaja. I dziwnie jest być jego przyczyną…

Także kochane Mikołaje, jeżeli spotkacie na swojej drodze szczęśliwe dziecko na wózku z uśmiechniętą rodzinką, śmiejecie się z nimi bo powodów do radości nigdy za dużo! :)
Pozdrawiamy!

Projekt bucik

Bucik, bo nie but, choć rzecz o obuwiu. A konkretnie o pewnych sprytnych dzieciakach, z jednej ze szkół w USA, które w ramach zajęć naukowych postanowiły zrobić bucik dla chłopca z porażeniem mózgowym.
Ponieważ szkoła jest wiekowo odpowiednikiem naszej podstawówki, pytanie – skąd tam zajęcia naukowe oraz kiedy i jak dzieci na taki pomysł wpadły?…
Szkoła jest objęta projektem Olympic STEM Pathways Partnership, i oczywiście że ta nazwa nic nam nie mówi, ale trochę poczytałam i, żeby nie zanudzać szczegółami, powiem to co najważniejsze – w ramach działań projektu dzieci mają możliwość, pod okiem przygotowanych do tego merytorycznie nauczycieli, na cyklicznych zajęciach tematycznych realizować swoje autorskie pomysły i rozwijać kreatywność.

I tak, jeden z uczniów zauważył, że jego niepełnosprawny kolega na wózku, ma jedną nóżkę krótszą i wymyślił, że zrobią w klasie dla niego specjalny bucik.
Chłopczyk, wraz z mamą, został na zajęcia zaproszony, dzieci mogły go poznać i zadawać pytania i na tej podstawie stworzyły kilka projektów bucika.
Oczywiście jest to zabawa, oczywiście chłopiec takiego bucika nie założy i nie ma on żadnych funkcji terapeutycznych ale nie o to w tym chodzi. Jeżeli 8, 10-letnie dzieci mają takie pomysły, umieją zaobserwować potrzebę, angażują się w przygotowania i są zachęcane do wprowadzania pomysłu w życie, jeżeli mają fachowe wsparcie w nauczycielu, który w nich tę kreatywność rozwinie, to, może nie teraz, ale w końcu, ich dziecinne pomysły przekształcą się w poważne, zmieniające świat na lepsze, projekty.

Taką nadzieję wyrazili zresztą mali naukowcy :)
I to jest edukacja godna naśladowania.

Zdjęcia efektów projektu w artykule.

Najważniejsze mieć plan!

A jeszcze ważniejsze, żeby był dobry.
Mowa oczywiście o Świętach – nie da się zignorować faktu, że są tuż za rogiem.
Ale przecież jutro dopiero Mikołajki!
Wczoraj, lekko leniwie jeszcze, zrobiłam listę zakupów, z przekonaniem, że w tym roku wyjątkowo szybko zaczęłam się organizować i że czasu jest jeszcze bardzo dużo…
Tak zaczął powstawać plan działania czyli z grubsza “co ile czasu zajmie”. Póki jeszcze jest co dzielić…
I tu zaczęły się schody…

Na pierwszy ogień oczywiście ciasteczka – muszą być zrobione co najmniej tydzień, a najlepiej dwa, wcześniej, żeby był czas je przed Świętami zjeść ;) Bo jak powszechnie wiadomo, świąteczne ciasteczka najlepiej smakują przed i czasem, (jak zostaną…) po Świętach ;) Podjadane ukradkiem idealnie utrzymują świąteczną atmosferę przez większość grudnia :)
Muszą już zatem powstać w przyszły weekend, obowiązkowo, nie ma tu miejsca na obsuwę. świąteczne ciasteczka
Zakupy… zagęszczenie kupujących na metr kwadratowy w galeriach handlowych nieubłaganie przypomina o konieczności ich szybkiego zrobienia.
I słusznie. Po co potrzebne rzeczy mają leżeć na półkach w sklepie – mogą sobie czekać na Święta w domu :) I tak na pewno w tzw międzyczasie okaże się że czegoś brakuje ;)
Bo co jak co, ale porządny bigos musi się gotować tydzień (i podobno co najmniej raz przypalić ;) ), reszta spokojnie do zrobienia w międzyczasie, ale bigos to bigos!
Zostaje “tylko” sprzątanie, dekoracje (tyle mamy z Julą do zrobienia!), prezenty…

Ale najważniejsze żeby to wszystko sprawiało przyjemność – planowanie, przygotowania.
Żeby chłonąć ten świąteczny nastrój powoli tak, aby nic nie umknęło.

Dylematy Mikołaja, czyli co kupić dziecku, które nie mówi…

Powiem wprost – łatwo nie jest… ;) Bo mimo, że rodzice znają swoje dziecko najlepiej i najlepiej wiedzą co mu kupić w prezencie, samowolka w tym temacie, siłą rzeczy i krzyku, kończy się z momentem pierwszego “Mamo, ja chcę to!”
Julcia nie mówi, nie potrafi też w żaden inny sposób przekazać nam cóż owym konkretnie “tym” jest i dlaczego właśnie “to” chce i koniec! :)
Zgadujemy więc.
Wychodząc na przeciw jej potrzebom, wybieramy to, co wiemy na pewno, że ją zainteresuje i sprawi jej radość.
I tak niezmiennie 11 już rok :)
Mamy swoje pozycje żelazne – tzw pewniaki – to książki i zabawki kreatywne.
Książki – Julka je uwielbia! Czytanie Julci i obserwowanie jak cieszy się z każdej następnej strony jest ogromną radością.
Zabawki kreatywne, cóż, nie bez znaczenia jest tu oczywiście fakt, że współbawiąca się Mama też bardzo lubi w ten sposób spędzać czas z córcią… z wzajemnością na szczęście :)
Julcia jest małą kobietką więc są też ciuszki – tych nigdy za wiele, choć mówiąc, że Julcia bardzo się z nich cieszy, przesadziłabym lekko… Ale zapewne wyglądać ładnie lubi, więc każdy taki zakup, (jak to u kobiet bywa…) jest w pełni (!) uzasadniony.
Zawsze! ;)
I tak tylko czasem… niezmiernie rzadko…zastanawiam się, czy aby na pewno mam rację i co Julcia chciałaby dostać, gdyby mogła nam powiedzieć…
Ale wtedy biorę z półki kolejną część “Przygód Mikołajka” i, w wygodnym fotelu, przytulona do córci, czytając i widząc jej radość i ciekawość kolejnej strony, jestem pewna, że ma dokładnie to co chce…

pozdrawiam i życzę udanych prezentów!

O rozmowach na dzień dobry .

16 listopada mieliśmy przyjemność gościć w programie Dzień Dobry TVN. Zostałam zaproszona do rozmowy na temat blasków i cieni wychowania dziecka niepełnosprawnego. Głównie blasków – o cieniach mówi się wystarczająco dużo i często dookoła.
Jak można się domyślić, zaproszenie było dla nas mega zaskoczeniem, tym bardziej że nigdy wcześniej nie miałam okazji uczestniczyć w żadnym programie, tym bardziej na żywo :)
Cieszę się bardzo, że mój blog został zauważony, że to co piszę jest fajnie odbierane i stanowi dobry punkt wyjścia do dyskusji. I cieszy mnie bardzo tendencja rozmawiania w tego typu programach z osobami które w danym temacie są najbardziej zorientowane. Bo kto może więcej wiedzieć o życiu z dzieckiem niepełnosprawnym niż rodzice.
W studio poznaliśmy przesłodkiego Arka i jego Mamę Marzenę, z którą miałam przyjemność rozmawiać na antenie. Zapraszam na ich blog – na kółkach
Rozmowa to jedno, niesamowita przygoda to drugie: wyjazd, studio, nowe znajomości, poznanie od zaplecza powstawania programu i sama obecność w studio, które do tej pory widzieliśmy tylko na ekranie telewizora.
Dużo emocji, trochę zdenerwowania ale ostatecznie bardzo fajne doświadczenie :)

tutaj można znaleźć naszą rozmowę

dzień dobry TVN, telewizja śniadaniowa, rozmowy o dzieciach niepełnosprawnych

dzień dobry TVN, telewizja śniadaniowa, rozmowy o dzieciach niepełnosprawnych

dzień dobry TVN, telewizja śniadaniowa, rozmowy o dzieciach niepełnosprawnych

dzień dobry TVN, telewizja śniadaniowa, rozmowy o dzieciach niepełnosprawnych

dzień dobry TVN, telewizja śniadaniowa, rozmowy o dzieciach niepełnosprawnych, Marcin Prokop

stoliczek

malowanie pieska malowanie pieskaByło o piesku, a pytacie o stoliczek :) Fakt, z jego pomocą Julci zdecydowanie lepiej szło malowanie obrazka.
A stoliczek jest z Ikei, z założenia przeznaczony do wygodnego dosuwania do kanapy albo fotela. My od razu zobaczyliśmy w nim szansę na dosunięcie do wózka. Też ze względu na regulowaną wysokość.
Jula jest już zbyt duża żebym trzymała ją na kolanach przy stole przy takich pracach. Dopóki mieściła mi się głową pod brodą, mogłyśmy sobie tak siedzieć nachylone nad stołem. Teraz już się tak nie da.
Niedługo to ja będę jej sięgać pod brodę ;)
I tu pojawił się stolik – przetestowaliśmy – nadaje się :)
Na stawianie kawki przy wygodnym fotelu też oczywiście ;)

Nie chcę zabrzmieć jak reklama, ale jak coś jest godne polecenia, to polecam :)

pozdrawiam :)

piesek dla Dziadka :)…

farbki …Nie taki prawdziwy – namalowany, (a dokładnie – pomalowany) ale za to z prawdziwym oddaniem :)
60 urodziny Dziadka to nie lada okazja żeby wykazać się artystycznym talentem przy wręczaniu prezentu, zwłaszcza jeżeli, aby go wręczyć, polecieliśmy prosto do Anglii :)
Przy jego malowaniu Julcia miała mnóstwo radości, piesek jest kolorowy i wesoły :)
Dokumentacja powstawania obrazu oczywiście powstała – niniejszym załączam i zachęcam do tworzenia z Waszymi pociechami takich autorskich prezentów :)
Cieszą najbardziej.

malowanie pieska malowanie pieska

malowanie pieska malowanie pieska malowanie pieska

Obraz dumnie zdobi już angielską ścianę :)

Page 1 of 4412345...102030...Last »