Liście kalarepy w roli głównej :)

Wiesz, że z tych liści możesz zrobić gołąbki?!… zapytała Babcia, wręczając mi kilka kalarepek wyrwanych przed chwilą z grządki.
Nie wiedziałam 🙂
Gołąbki uwielbiam, tylko jakoś zawsze ciężko się za nie zabrać… To takie danie, które uwielbiamy, ale marzymy skrycie, żeby ktoś nam je przyniósł zrobione 😉
+30 st. C nie pomaga…
Ale kalarepa już zjedzona a liście wiecznie świeże nie będą – tak właśnie się dzieje z warzywami nie ulepszanymi niczym poza nawozem od krówek wlewanym na grządkę jesienią.
Niedługo będą to bardzo nieliczne okazy…
Mobilizacja była więc spora, szczególnie, że dowiedziałam się (po lekturze podsuniętej przez Babcię gazety) iż, mimo bardzo dobrych właściwości samej kalarepy, to właśnie liście mają wszystkiego więcej.
Gołąbki jak zrobić pisać nie trzeba. Gołąbki z liści kalarepy robi się dokładnie tak samo, tylko z liśćmi trzeba się obchodzić delikatnie – podgotować 2, 3 minutki i wyjąć zanim zrobią się zbyt miękkie i porwą przy zawijaniu.

I ten kolor! 🙂

gołąbki z liści kalarepy

gołąbki liście kalarepy

Pomagając

Klub Rotary, któremu przewodniczę w obecnej, kończącej się już kadencji, został zaproszony na piknik kończący akcję „Rowerowy Maj”. Akcja ma zachęcić dzieci do aktywności, my włączamy się fundując część nagród. A czemu o tym akurat?… Bo dziś na tym pikniku byłam z Julą, która debiutowała w rotariańskiej koszulce – mojej 😉 ale najważniejsze że pasowała 🙂
Było wesoło i głośno, co, o dziwo, nie przeszkadzało Julce wcale 🙂 wszystkie dziewczyny z klubu zna, więc uśmiechała się cały czas 🙂
Poszłyśmy potem na krótki spacerek po naszej pięknej Bazantarni i wróciłyśmy do domku robić obiadek 🙂
Taka oto sobota 🙂


Pasy

Pasy


Już wcześniej o nich wspominaliśmy tutaj, ale jesteśmy już po dwóch tygodniach używania ich i z większym przekonaniem mogę powiedzieć że się sprawdzają w samochodzie. Oczywiście wspomagane pasem samochodowym, ale Julka siedziała wygodnie a ja nie musiałam trzymać jej i uważać na każdym zakręcie żeby nie poleciała na bok.
W domu w samochodzie mamy jeszcze fotelik, ale jego dni są już policzone – myślę że jest z nami już ok 7, może 8 lat. To Recaro z czasów kiedy firma ta nie miała jeszcze modeli dedykowanych osobom z niepełnosprawnościami i za fotelik, który (niewiele się różniąc) dziś kosztuje kilka tysięcy, wtedy zapłaciliśmy 800 zł.
I długo Julci służył. Pasy w nim jednak już powoli robią się za krótkie, co czyni go niejako „sezonowym”, ponieważ dużo łatwiej zapiąć Julę latem, kiedy nie ma na sobie swetrów i kurtek.
Trzeba więc podjąć temat wymiany, co nie jest ani łatwe ani tanie (model, który przywiózł nam Pan że sklepu ortopedyczne do obejrzenia kosztuje ok. 11 tys.).
Póki co poszliśmy więc w pasy.
Mamy również zamówioną poduszkę, która będzie specjalnie wyprofilowana, tak aby Julcia dobrze i prosto siedziała, poduszka – 3 tys…. (chyba nawet z kawałkiem…).
Poduszka będzie przydatna w wózku i w samochodzie, z pasami mamy nadzieję że stworzy całkiem wygodne zastępstwo fotelika.
Zobaczymy.
Skończyły się czasy, kiedy mogliśmy coś z powszechnie dostępnych sprzętów dostosować do Julci potrzeb, teraz trzeba się opierać wyłącznie na rzeczach przeznaczonych dla osób z niepełnosprawnościami i, w przypadku Julci, tymi najbardziej wymagającymi.
I powstaje paradoks – im cięższa niepełnosprawność i większe potrzeby, tym drożej i trudniej…
Bo kto o zdrowych zmysłach kupuje poduszkę za 3 tys?… Albo pasy za 2?… Że nie wspomnę o wózku za 10 lub foteliku za 11…
Tylko Ci, którzy nie mają wyjścia.
A bizses to biznes i sorry Winnetou.

Znajomi zaczynają myśleć że nam odbija 😉

Ale póki co pocieszające, że pasy się sprawdzają, bo nie wystarczy kupić, trzeba jeszcze mieć szczęście że się sprawdzi. Mało to, kupowanych przez lata, sprzętów stoi w kącie, bo okazały się przerostem formy nad treścią?…

Teraz czekamy na poduszkę i wózek.
Co do wózka jesteśmy optymistami – zamówiliśmy ten sam (Convaid rodeo) tylko większy, bo bardzo nam pasuje.
Co do poduszki… Trzymajcie kciuki 🙂

Niby nic…


Niby nic…Uśmiech… Czasem słowo… Mały gest… Z pozoru niewiele znaczący…
A jednak.
Jesteśmy w Hiszpanii trzeci raz i za każdym razem zwuczajna ludzka życzliwość nas rozczula.
To kraj w którym i tak niewiele trzeba, żeby było pięknie i miło. Jest marzec a tu pełnia słońca i lato, samo to nastraja pozytywnie, niezależnie od bagażu, jaki się że sobą przywiozło. Piszę ten post opalając się na tarasie na 20 piętrze, z widokiem na morze i góry. Nie chcę się ot tak pochwalić, ale oddać nastrój. Obok piękna plaża, mnóstwo kawiarenek i restauracji… Raj…
A mnie pośrodku tego wszystkiego zachwyciła pani kasjerka z hipermarketu, w którym robiliśmy zakupy.
Dlaczego?
Kiedy poszliśmy tam pierwszy raz wyszła z za kasy tylko po to, żeby nachylić się nad Julcią i powiedzieć do niej coś, czego nie zrozumiałam do końca, (muszę w końcu nauczyć się hiszpańskiego), ale sądząc po uśmiechu i kilku słowach, które rozpoznałam, było to na pewno coś bardzo miłego.
Zrobiło się nam bardzo miło, Julcia uśmiechnięta od ucha do ucha, (bo wie przecież kiedy ją chwalą). A jeszcze nawet dobrze do sklepu nie weszliśmy 🙂

Przy kolejnych zakupach pani znowu wyszła z za kasy (co, jak wiemy w hipermarkecie nie jest takie proste i szybkie), wzięła z półki lizaczka i podała Julce (wcześniej pytając nas wzrokiem czy może).
Tak się u nas po prostu nie zdarza. Jest to na tyle niezwyczajne, że aż krępujace, bo zaraz nam się wydaje że pani na pewno coś od nas chce.
Nic nie chciała, poczuła po prostu taką potrzebę. I tyle.
Tutaj nawet jak zapomnisz zważyć cebulę i pani musi iść do wagi, robi to z uśmiechem prawie przepraszac że trzeba poczekać…
Obłęd.
Zastanawiałam się ostatnio dlaczego tak lubię tu wracać – właśnie dlatego.
Tutaj ludzie są po prostu ludźmi.
W każdym razie tą ich lepszą stroną.
Tak po prostu…