2400

Brzmi jak tytuł nowego serialu sf… ale nie – tyleż to km podobno zrobiliśmy od wyjazdu na turnus do powrotu z niego :) i podobno to sporo :) najdzielniejsza była w tym Julcia, która zaskakująco dobrze zniosła podróż i w jedną i w drugą stronę. Na pewno było jej wygodnie w nowym foteliku samochodowym, który dostaliśmy dosłownie na dzień przed wyjazdem. Zakup fotelika sfinansowała nam Fundacja Przyjaciółka, za co serdecznie dziękujemy (na łamach blogu jeszcze nie dziękowałam). Dziękujemy również przemiłej Pani ze sklepu dziecięcego Krasnal z Warszawy, dzięki której fotelik dotarł do nas przed wyjazdem, na czym nam bardzo zależało.

2400 (liczba znana też jako pojemność pewnego czarnego ciągnika… :) ) przejechane i jesteśmy w domciu. Szczerze żal było nam wracać… Góry nam się nie znudziły nawet jak przestały być białe… w ogóle ciężko mi sobie wyobrazić że kiedykolwiek mogą się znudzić… No ale turnus się skończył, Julcia wymęczona, wiosenne porządki czekają, także trzeba było wracać.
Julcia od poniedziałku wróciła do przedszkola, bardzo szczęśliwa wsiadała rano do samochodu i Tomka który pilnuje dzieci z tyłu samochodu i kierowcę – Arka, przywitała szerokim uśmiechem :)

Zauważyłam, że po turnusie Julcia częściej połyka ślinkę i zdecydowanie mniej napina rączki (nie przyciąga ich tak mocno do siebie podczas siedzenia jak często robiła to wcześniej), co nas bardzo cieszy, bo właśnie z rączkami mamy ostatnio największy problem. Julcia potrafi tak mocno je zaciskać aż robią się sine… ale teraz dawno już się jej to nie zdarzyło, także może będzie lepiej :)

Podczas turnusu Julia miała jeden napad, spodziewaliśmy się go, bo dużo czasu (ok półtora miesiąca) minęło już od ostatniego. Jak zwykle był w nocy i jak zwykle też obudziliśmy się jak już trochę trwał… Julcia ma napady bezgłośne i do tego głównie w nocy, odkąd ma padaczkę śpię w nią a i tak czasem nie usłyszę go od początku. Właściwie jedyne co można usłyszeć to moment jak zaczynają się problemy z oddychaniem i oddech robi się ciężki i głośny, często też Julia zaczyna się krztusić ślinką. Obserwowanie napadu od początku jest dla nas o tyle ważne, że pozwala nam ocenić czy potrzebna jest wlewka, żeby go przerwać. Jeżeli napad nie jest długi (trwa kilka minut) i zaczyna się wyciszać, nie ma takiej potrzeby, ale jak nagle się budzę i widzę, że Julia ma już spore drgawki i zaczyna się krztusić to nie wiem jak długo już to trwa i muszę podać lek żeby go przerwać. Ten na turnusie był mocny i nie usłyszeliśmy go od początku, więc wlewka była konieczna, szczególnie że Julcia zaczynała się krztusić, a tego zawsze boimy się najbardziej.

Mamy nadzieję, że na następny znowu co najmniej tak długo poczekamy.

i turnus dobiegł końca…

Zwykle (choć nie zawsze) takiego końca oczekuję z niecierpliwością, choć wyobrażam sobie że to i tak nic w porównaniu z tym jak czeka go Julcia :) Tym razem jednak, o ile Julcia pewnie miała już dosyć ćwiczeń, nam zupełnie się nie chciało wracać… To z pewnością zasługa okoliczności przyrody :) Pierwszy raz turnus mieliśmy okazję połączyć z urlopem w pełnym jego słowa znaczeniu. Jeździmy na turnusy bardzo często (ok 5, 6 razy do roku) i stało się to już rutyną, do tego z reguły Damian musi wracać do pracy a ja zostaję z Julcią. Tak daleki wyjazd natomiast wymagał decyzji o pozostaniu na nim w trójkę.
Grzaniec – 9 zł, bilet na kolejkę linową – 19 zł, spędzenie 2 tygodni z rodziną i dla rodziny – bezcenne…

Wracając do podsumowania samego turnusu – jechaliśmy z niepewnością jednak, bo Michałkowo to nowy ośrodek, a mówiąc nowy mam na myśli bardzo nowy, bo działa od lutego tego roku. Założył go Tomasz Ćwiertnia, którego synek Michałek jest dzieckiem niepełnosprawnym i wymaga intensywnej rehabilitacji.
Poza tym Neuron jednak przyzwyczaił nas do wysokiego poziomu i dużego natężenia ćwiczeń, także wymagania mieliśmy duże :)
Wątpliwości jednak szybko się rozwiały. System ćwiczeń jaki proponuje ośrodek jest bardzo ciekawy i sprawdza się w praktyce. Julcia miała zajęcia z jedną rehabilitantką od początku do końca – codziennie po 2.5 godziny ciągiem zajęć które pani Ola ustawiała pod możliwości Julci i jej dyspozycję na dany dzień. W ramach tych zajęć miała ćwiczenia ogólne na sali, pająka, SI, masaże oraz terapię ręki. Rehabilitanci w ośrodku pracują na specjalnych kombinezonach mgr Kwiatkowskiego (nazywają się DUNAG 02) o których już wcześniej pisałam a które dzięki systemowi specjalnych zaczepów i linek pozwalają na utrzymanie konkretnych części ciała w odpowiedniej pozycji, korygując np przeprosty lub (tak jak u Julci) obciągnięte stopy i stawanie na palcach.
Z tego typu techniką nie mieliśmy się okazji wcześniej spotkać, a jest naprawdę skuteczna.

Na turnusie było tylko kilkoro dzieci zaledwie, co tworzyło bardzo kameralną atmosferę i pozwalało na dowolne dobieranie zajęć dodatkowych. Julcia miała trzy razy w tygodniu dodatkowo po godzinie zajęć z paniami logopedkami, Jolą i Teresą, dwa razy z psycholog, panią Anią oraz trzy razy dogoterapię z panią Małgosią i jej pieskami – Yoko i Draką.
Wszystkie te zajęcia Julcia bardzo lubiła, zresztą w Neuronie też są to jej ulubione (dogoterapii tam nie mamy, ale chyba teraz jej wezmę dodatkowo).
Każda z terapeutek to naprawdę świetna specjalistka w swojej dziedzinie a do tego Panie są przesympatyczne :) pozdrawiamy serdecznie! :)

jeszcze kilka zdjęć z zajęć z ostatnich dni turnusu:

z Gosią i jej Yoko

dogoterapia, Yoko, Michałkowo, turnus

dogoterapia, Michałkowo, turnus, Yoko dogoterapia, Michałkowo, turnus, Yoko dogoterapia, Michałkowo, turnus, Yoko

z panią Teresą – logopedą

logopeda, Michałkowo, turnus, rehabilitacja logopeda, Michałkowo, turnus, rehabilitacja logopeda, Michałkowo, turnus, rehabilitacja

na sali z Ciocią Olą

Michałkowo, turnus, rehabilitacja Michałkowo, turnus, rehabilitacja

Michałkowo, turnus, rehabilitacja Michałkowo, turnus, rehabilitacja

i na koniec zdjęcie z terapeutami i niektórymi uczestnikami turnusu:

Michałkowo, turnus, rehabilitacja

No i nie byłoby to kompletne podsumowanie bez wspomnienia o Julci zdecydowanie ulubionym koledze – Marku, o którym już pisałam wcześniej. Julcia i Marek bardzo się polubili (różnica wieku zupełnie nie stwarzała problemu :) ), od początku turnusu ćwiczyli te 2.5 godzinki razem i w drugim tygodniu jak Julcia miała gorszy dzień i marudziła na sali (nas nie było z Julcią na ćwiczeniach) tylko Marek był w stanie ją uspokoić :) jak widać na zdjęciach miał swoje sposoby :)

browar w Żywcu

Brzmi dumnie :) – piwo Żywiec znane jest chyba w całej Polsce, do tego nasz Elbląg ma browar który należy do grupy Żywiec, więc poniekąd poznawaliśmy nasze korzenie :)

Tak więc (i tu słyszę Panią od polskiego – “nie zaczyna się zdania od ‘tak więc!’… – cóż, wtedy nie było blogów :) ) jak zaplanowaliśmy, tak też zrobiliśmy – odwiedziliśmy muzeum browarnictwa w Żywcu. Po zajęciach Julci w ośrodku, ruszyliśmy przed siebie, a konkretnie do Żywca, mocno skupiając się na zręcznym omijaniu objazdów, o których pani z GPS nie miała pojęcia, a których Bielsko Biała funduje nam tu sporo ze względu na przebudowę dróg.
Szczerze mówiąc średnio byłam zapalona do pomysłu odwiedzenia muzeum, bo też cóż może być ciekawego w muzeum browarnictwa?… ale jak się okazało, mój sceptycyzm był zupełnie nieuzasadniony :)
Na początek w bardzo sympatycznej knajpce czekała nas degustacja piwka (kogo czekała tego czekała… mój mąż jako kierowca musiał zadowolić się degustacją soczku :) ). Z reguły taka degustacja jest na koniec zwiedzania ale my musieliśmy czekać nieco na naszą kolej więc poszliśmy tam najpierw.
Taka degustacja zdecydowania podnosi walory rekreacyjne zwiedzania :)
Potem bardzo sympatyczna i wszystko wiedząca pani przewodnik zaczęła nas oprowadzać po kolejnych salach muzeum a w nich, przedstawiając historię samego browaru, muzeum funduje nam wycieczkę po kilku epokach historycznych, dbając o to, byśmy odpowiednio wczuli się w klimat każdej z nich. Do tego można wszystkiego dotknąć, na wszystkim (na czym się da… :) ) usiąść, mieliśmy nawet okazję pograć w malutkiej (ale zawsze :) ) kręgielni, znajdującej się w jednej z sal do zwiedzania :)

mieliśmy np okazję znaleźć się w uliczce z końca XIX w a dokładniej z roku 1881 (przeniosła nas do tego roku bardzo przekonująca kapsuła wehikułu czasu, dzięki któremu wyszliśmy z nowoczesnego wnętrza, a wyszliśmy z drugiej strony wprost w klimatyczną uliczkę XIXw).

skoro historia browaru to nie mogło zabraknąć porządnej karczmy :)

muzeum browarnictwa Żywiec muzeum, browar, Żywiec

następny okres to już lata międzywojenne i II wojny światowej:

muzeum browar Żywiec muzeum browar Żywiec

obok była mini kręgielnia, więc grzech nie skorzystać, tym bardziej że pani przewodnik zachęcała gorąco (pominę już szczegóły naszego wyniku punktowego… :) )

muzeum browar Żywiec muzeum browar Żywiec

były i beczki, jak na porządny browar przystało, Julcia sprawdziła je pod kątem ciężaru :) ogólnie Julcię sadzaliśmy gdzie się dało :)

muzeum browar Żywiec muzeum browar Żywiec muzeum browar Żywiec

potem już czasy PRL – u i bardzo fajnie pokazana kuchnia z tego okresu:

muzeum browar Żywiec muzeum browar Żywiec

na koniec tylko my i piwko :)

muzeum browar Żywiec muzeum browar Żywiec

Ponieważ pisałam ostatnio o Wieliczce i jej dostępności dla osób niepełnosprawnych na wózku, muszę i tu wspomnieć o tej kwestii. Otóż muzeum jest jak najbardziej dostępne dla osób poruszających się na wózkach, nie mieliśmy żadnych problemów z przechodzeniem między kolejnymi salami z Julcią i za jej bilet nie musieliśmy płacić.
Bardzo miło spędziliśmy czas, Julcia dzielnie przetrwała i nawet nie marudziła za mocno, słoneczko świeciło (nie w muzeum :) ) także dzień zaliczamy do udanych :)

a jednak wiosna! :)

nadszedł kolejny tydzień intensywnych ćwiczeń w Michałkowie dla Julci, a dla nas cóż…kolejny tydzień wypoczynku :) i nadeszła wiosna :) teraz już na dobre zagościła i u nas, choć na stokach jeszcze sporo śniegu i narciarze korzystają. Ale powietrze już cieplejsze – “…wiosna ach to Ty!…” :)
Odbudowana wiosennie po weekendzie Julcia wróciła do zajęć z nową energią, a trzeba przyznać, że po pierwszym tygodniu była nieco zmęczona. Momentami energia niestety przekładała się na opór na zajęciach, ale ciocia Ola doskonale sobie radziła i nie dawała za wygraną :) Tydzień zaczęły rano zajęcia z Yoko i Draką – tym razem dwoma pieskami, które zgodnie okupowały Julcię w wózeczku.

Julcia szczególnie upodobała sobie karmienie piesków:

dogoterapia, rehabilitacja, Michałkowo dogoterapia, rehabilitacja, Michałkowo

dogoterapia, rehabilitacja, Michałkowo dogoterapia, rehabilitacja, Michałkowo

potem był czas na prace plastyczne – tym razem Julcia robiła własngo pieska a Draka i Yoko się przyglądały :)

dogoterapia, rehabilitacja, Michałkowo dogoterapia, rehabilitacja, Michałkowo dogoterapia, rehabilitacja, Michałkowo

zaraz po dogoterapii nastał czas 2.5 godzinnych ćwiczeń na sali. Ponieważ Julcia lepiej koncentruje się jak nas nie ma w pobliżu, także ten czas wykorzystujemy sobie na zwiedzanie Bielska, a że miasto jest ciekawe, więc nie brakuje pomysłów.
Wróciliśmy pod koniec zajęć i Damian zdążył jeszcze porobić kilka zdjątek.

Julcia właśnie kończyła pajączka, którego ma w specjalnym kombinezonie:

pająk, rehabilitacja, Michałkowo pająk, rehabilitacja, Michałkowo pająk, rehabilitacja, Michałkowo

pod koniec zajęć bardzo ładnie utrzymywała się w pozycji siedzącej, co bardzo ucieszyło nas i ciocię Olę. Potem odpoczywała w objęciach Marka, towarzysza z sali ćwiczeń, który dzielnie znosił od początku turnusu Julci protesty na sali, co więcej zupełnie go to nie zraziło i codziennie konsekwentnie wita Julcię słowami “cześć laska!” :) Jak widać, po tygodniu poskutkowało :)

rehabilitacja, Michałkowo rehabilitacja, Michałkowo

czułości nigdy za dużo… pod czujnym okiem Mam oczywiście :)

buziaczki Mareczku!

zapraszam na stronę gdzie można poczytać o Marku i jego chorobie:

http://www.fundacjapozytywka.org.pl/pozytywkagra_aktualnosci_marek.html

na koniec popołudniowe zajęcia z panią Teresą – neurologopedą:
Pani Teresa pokazała nam specjalny wibratorek do masażu wewnątrz buzi, Julcia nie protestowała. Urządzenie jest bardzo fajne i praktyczne, przy tym pomocne ale drogie – kosztuje podobno ok 3.000 zł, choć wygląda dosyć niepozornie… ale cóż, tak jest z każdym praktycznie sprzętem rehabilitacyjnym… my rodzice już się przyzwyczailiśmy i kolejne kosmiczne kwoty nie robią na nas wrażenia, choć myślę, że powinny…

w każdym razie przynajmniej na zajęciach turnusowych Julcia może skorzystać z takiego sprzętu jak ten do masażu:

neurologopeda, rehabilitacja, Michałkowo, masaż wewnątrz buzi neurologopeda, rehabilitacja, Michałkowo, masaż wewnątrz buzi

i tak zakończył się pracowity dzień ćwiczeń dla Julci. Zostało jeszcze kilka. Byliśmy na krótkim spacerku, bo brzuszki wzywały na obiadek do domku :) Jest coraz cieplej i chętnie zrzuciliśmy zimowe płaszcze i cieplejsze kurtki (że o czapkach i szalikach nie wspomnę… :) )

i potem już do domku na późny bardzo, ale jak zawsze przepyszny, obiad (właściwie to już kolację :) )

wiosna?…

Cóż, my tu z wiosną niewiele mamy jeszcze wspólnego…owszem, jest cieplej i nawet dziś zaszalałam i pochodziłam troszkę po dworzu w sweterku (pewnie będę żałować…) ale śniegu dookoła mnóstwo i nie wygląda jakby miał sobie szybko stopnieć :) ale (jakkolwiek może to dziwić bo wszyscy oczekują wiosny jak zbawienia) nam się do niej nie spieszy – góry są takie piękne pokryte śniegiem (wiem wiem ja znowu o tych górach jak nawiedzona jakaś… ale jeszcze nie wyszłam z zachwytu, a wręcz po dzisiejszej wycieczce weszłam w niego jeszcze bardziej :) )
a żeby nie było że coś tu nie tak opowiadam to proszę – oto i śnieg :)

jak widać śniegu nie brakuje, ale pewnie dla tubylców i bardziej obytych turystów od nas to nic dziwnego…

Jak sobie wcześniej zaplanowaliśmy, byliśmy dziś w Wiśle. Po drodze mieliśmy tak piękne widoki, że co chwilkę zatrzymywaliśmy się żeby je podziwiać i oczywiście robić zdjęcia, czego efekt niniejszym zamieszczam:

i wreszcie dotarliśmy do Wisły i na skocznię “Malinka”. Wyciąg wyglądał zachęcająco ale też nieco przerażająco w kontekście zabrania się na górę z Julcią…patrzyłam i patrzyłam na te krążące krzesełka i nie specjalnie widziałam się na nich z Julcią. Nagle zobaczyłam że podjechała pod wyciąg dziewczyna na wózku z dwoma paniami, (pewnie mamą i babcią) które dźwignęły ją z wózka i zaczęły usadawiać na zatrzymanym specjalnie po to wyciągu i pomyślałam sobie, że skoro one dały radę to my też :)

pozdrawiamy dzielną Zosię :) spotkaliśmy się na górze:

i tym oto sposobem wjechałyśmy (Damian musiał osobno, bo za wąskie były ławeczki dla trzech osób) na samiutką górę skoczni :)
Julcia była zafascynowana drogą, siedziała mi na kolanach luźniutka, a najbardziej bałam się, że będzie się napinać a wtedy ciężko ją utrzymać… na szczęście nic takiego się nie działo ani w drodze na górę ani na dół :) Tata jechał przed nami i robił zdjątka :)

na górze mieliśmy jeszcze trzy pięterka do pokonania schodami, żeby dostać się do punktu widokowego nad skocznią i kawiarenki – byliśmy zdeterminowani – już tak wysoko dojechaliśmy to co to dla nas trzy pięterka :) (winda była nieczynna)
ale było warto:

to tyle ze skoczni w Wiśle :) (zabrzmiało jak koniec transmisji ze skoków narciarskich :) ) skoków co prawda nie było (poza jednym chłopcem wytrwale ćwiczącym zjazd z zeskoku) ale wrażenie niesamowite – skocznia relatywnie nieduża – K120 – a i tak stojąc nieco tylko wyżej niż skoczkowie jak zjeżdżają, wysokość przeraża, także szacunek dla nich ogromny.

Poza skocznią w Wiśle nie zatrzymaliśmy się na dłużej, za namową właściciela naszego gościńca, jechaliśmy sobie trasą tzw “małej pętli beskidzkiej” po drodze podziwiając piękne widoki. Dotarliśmy do Żywca z zamiarem odwiedzenia muzeum browarnictwa ale było już późno i tylko sobie zwiedziliśmy miasteczko, muzeum musi poczekać, mamy jeszcze tydzień.
W niedzielę pogoda się popsuła, padało, było pochmurno i nie wynurzaliśmy się nigdzie, choć mieliśmy kilka pomysłów. Apropos pomysłów, chcieliśmy wybrać się do Wieliczki, troszkę dalej niż Wisła ale w końcu bliżej nie będziemy już przez jakiś czas. Zadzwoniłam wcześniej zapytać jak wygląda możliwość zwiedzania z osobą na wózku inwalidzkim i tu się bardzo zdziwiłam… Pan poinformował mnie, że zwiedzanie z osobą na wózku wymaga wynajęcia prywatnego przewodnika, co kosztuje uwaga… 175 zł, a i tak dostępna do zwiedzania dla niepełnosprawnych jest tylko 1/3 część Wieliczki. Do tego zamiar takiego zwiedzania trzeba zgłosić średnio 5, 6 dni wcześniej, czemu?… nie wiem do końca, bo lekko zszkowana już się nie dopytałam.. Bilety są co prawda nieco tańsze niż normalne (ok 30 zł bilet dla osoby na wózku z opiekunem i ok 40 dla dodatkowej osoby dorosłej, normalnie jest 50 zł z przewodnikiem) to dodatkowy koszt przewodnika (obowiązkowy jak się dowiedziałam) deklasuje wszystko, tym bardziej, że do dyspozycji jest tylko 1/3 tego co normalnie jest do zwiedzania…
dla nas wniosek był jeden – z Julcią to my sobie Wieliczki nie pozwiedzamy…

także niedzielna wyprawa legła w gruzach, co prawda mieliśmy jechać do niedalekiej Pszczyny, podobno bardzo sympatyczne miasteczko, ale pogoda zdecydowanie nie zachęcała i w rezultacie cały dzień leniliśmy się w gościńcu bawiąc się z Julcią i oglądając zaległe filmy :) tak też czasem trzeba :)

byliśmy na jeszcze jednej małej wycieczce, wcześniej co prawda, ale tak szybko chciałam napisać o tym, że wjechaliśmy z Julcią na skocznię, że zapomniałam…

otóż w Bielsku, w czasie jak Julcia była na ćwiczeniach pojechaliśmy sobie na kolej linową, na Szyndzielnię, była gondolowa także siedzieliśmy sobie w zamkniętym wagoniku i całe 6 minut ( :) ) podziwialiśmy krajobraz sunąc po linie. Podobno najładniej jest na górze, kiedy przejdzie się jeszcze kawałek na pieszo, ponieważ przy ładnej widoczności widać Tatry. My niestety nie mieliśmy tyle czasu, także zahaczyliśmy tylko kilka pięknych widoków blisko stacji i musieliśmy wracać po fąflinkę.

zdjęcia oczywiście są :)

teraz to już wszystko :)

od jutra Julcia zaczyna kolejny tydzień turnusu, także będzie ciężko pracować.

pozdrawiam

po tygodniu na turnusie

I minął pierwszy tydzień Julci turnusiku, weekend ma wolny. Wymęczona biedulka, ćwiczyła intensywnie i dzielnie – zajęcia trwały średnio od 9.30 do 16.00 z dwoma przerwami. Kolejny tydzień zapowiada się równie pracowicie dla naszej pszczółeczki także weekend trzeba wykorzystać na odpoczynek.
Julcia szybciutko przystosowała się do nowego otoczenia i nowych terapeutów. Bardzo polubiła zajęcia z panią logopedką i panią psycholog oraz dogoterapię z przesłodkim pieskiem Yoko i opiekującą się nimi Panią Małgosią. Zapraszam przy okazji do bliższego zapoznania się z pieskami na stronie http://delayla.republika.pl/

Najwięcej Julcia buntowała się na zajęciach ruchowych, tutaj ma ich codziennie 2.5 godzinny blok. One są bardziej wyczerpujące i wymagają od Julci najwięcej wysiłku, stąd pewnie bunt, ale niewielki i nie taki, z jakim rehabilitantka, pani Ola, by sobie nie poradziła :)

zdjątka z zajęć z Yoko

z panią logopedką:

i z panią psycholog

poza turnusem mamy już na koncie małe ale konkretne zwiedzanko (jak narazie zwiedzaliśmy głównie centra handlowe, bo dalej nigdzie nie mieliśmy czasu się wypuścić w czasie Julci zajęć, a trzeba przyznać, że na brak centrów handlowych w Bielsku nie można narzekać…), a mianowicie byliśmy na Starówce Bielska. Nic generalnie ambitnego, ale od czegoś trzeba zacząć :) pospacerowaliśmy więc sobie troszkę po bardzo klimatycznych wąskich uliczkach z mnóstwem kafejek i kawiarenek, porobiliśmy (a konkretnie Damian porobił) troszkę zdjęć i wróciliśmy na obiadek do gościńca (nie bez znaczenia dla szybkości powrotu była tu Julcia sugestywnie i niezbyt subtelnie dająca do zrozumienia, że ma dosyć…)

póki co to tyle w kwestii zwiedzania bo wracamy do Szczyrku mniej więcej ok 17, zanim zjemy jest 18 a wtedy już niespecjalnie jest na cokolwiek czas. Ale plany są ambitne :) w weekend odwiedzimy Wisłę, rodzinne miasto Adasia Małysza (jego chwilowo nie ma w domu, lata sobie w Planicy chłopak i całkiem nieźle mu idzie… trzymamy kciuki Adasiu! ), podobno można w Wiśle wjechać na skocznię, gdzie jest kawiarnia… byłoby super ale wyciąg jest krzesełkowy i nie wiemy czy damy radę z Julcią… chcemy też zaczepić o Żywiec i muzeum browarnictwa (z degustacją podobno :) ) oraz może jeszcze Pszczynę i mieszczące się tam Muzeum Zamkowe (chociaż po wirtualnej wycieczce widzę, że z wózkiem będzie tam kłopot). No i jeszcze kolejka gondolowa w Bielsku, na Szyndzielnię, piękne widoki podobno, także zaliczyć trzeba koniecznie.

to tyle w kwestii planów :)

tymczasem wiosna przyszła i mimo, że dookoła gościńca mnóstwo śniegu i krajobrazy w Szczyrku jeszcze białe, to czuć już ten powiew wiosennej świeżości i ciepła – najwyższy czas pozbyć się zimowych kurtek :)

a jeżeli chodzi o krajobrazy to piękny widok mamy przy śniadanku, aż nie chce się wychodzić… (tylko, że trzeba, bo czas z reguły goni, trzeba zdążyć na zajęcia do ośrodka)

nie mogę też nie wspomnieć o najpyszniejszym jakie piliśmy (a nie mieliśmy za dużo okazji) grzańcu zbójnickim czyli winku grzanym :) koleżanka nam zarekomendowała – “jesteście w górach, trzeba zaliczyć grzańca!” no i bardzo jej za to dziękujemy :)
przepyszny po prostu :)
i jeszcze trochę matematyki (ostatnio dużo o niej w mediach, więc idę tropem Unii) grzaniec + wieczór + kominek + śnieg za oknem + Kasia Kowalska (wiem, też się zdziwiłam, bo to średnio góralska muzyka, ale bardzo lubię Kasię – tworzy nastrój) i wreszcie + śpiąca Julcia, która dała nam posiedzieć spokojnie w restauracji na dole w gościńcu = najlepsze urodzinki jakie mogłam sobie wymarzyć w tym roku…sprawozdania z wycieczek niedługo :)

i jesteśmy

wczoraj Julcia zaczęła turnusik, od rana dzielnie uczestniczy w zajęciach w nowym dla nas i też w ogóle nowym ośrodku – “Michałkowie”. Tym razem wywiało nas na drugi koniec Polski, tak daleko jeszcze z Julcią nie byliśmy. Podróż trwała około 10 godzin i było to dla nas spore wyzwanie, ale nie taki diabeł straszny jak go malują, było całkiem fajnie, Julcia troszkę marudziła (kto by nie marudził…), najważniejsze że dojechaliśmy w jednym kawałku (konkretnie w trzech :) )
Przyzwyczajeni do turnusu w Neuronie z pewną nieśmiałością i obawą jechaliśmy w nowe miejsce, ale jak się okazało zupełnie niepotrzebnie :) Zajęcia zaczynają się raniutko, wczoraj np Julcia miała o 8.45 godzinę zajęć z panią neurologopedką (na które się nieco spóźniliśmy…), potem dogoterapię z przesłodkim pieskiem Yoko i póżniej 2.5 godziny ćwiczeń ruchowych, w tym ćwiczenia ogólne, pajączka, masaże, terapię ręki i ćwiczenia w kombinezonie. Z humorkiem było różnie, ale przesympatyczne panie rehabilitantki doskonale sobie radziły :) Nowością są tu dla nas kombinezony, które poprzez system specjalnych linek i zaczepów modelują sylwetkę i pozwalają na korygowanie np ustawienia stóp, kolan czy bioder. Nie spotkaliśmy się wcześniej z tym na ćwiczeniach a wyglądają obiecująco i skutecznie. Kombinezonik jest od razu wykorzystywany przy pajączku.

poniżej widać jak Julcia miała ustawione stópki:

a tu Julcia w czasie ćwiczeń ogólnych:

dogoterapia z Yoko

i pajączek:

Ponieważ ośrodek nie ma warunków do zakwaterowania, mieszkamy sobie w pięknym gościńcu, niestety w nieco sporej odległości od ośrodka (mamy ok pół godzinki drogi) ale to nasz wybór, bo okolica jest przepiękna!

nasz Gościniec

Początkowo, jadąc tutaj, spragnieni widoków górskich wypatrywaliśmy ich niecierpliwie, ale nieco za wcześnie :) Mniej więcej na wysokości Katowic zaczęliśmy zastanawiać się czy aby dobrze jedziemy :) pani z GPS wydawała się być pewna swego, także pozostało się rozglądać :) no i długo nie trzeba było już czekać :) krajobraz górski jaki wyłonił się nagle w Bielsku wynagrodził nam te dobre już 9 godzin jazdy :) a im dalej jechaliśmy tym piękniej się robiło. Miasto zostało daleko w tyle i zaczęła się bajka :) Góry są niesamowite, jesteśmy przy nich tacy mało znaczący, malutcy, uczą pokory. Teraz już wiem, że jeżeli ktoś chce uciec od codzienności powinien znaleźć się właśnie tu, gdzie my jesteśmy. Tu jest inny świat, bajkowy i piękny, tu wszystko inne wydaje się być nieważne. Do tego ciągle pada śnieg, a to sprawia, że to co wydaje się już nie móc być piękniejsze jednak jeszcze jest! :)

Widok z okna jest nie do opisania (do pokazania jak najbardziej :) )

niedaleko Gościńca jest nawet skocznia :)

Do tego dochodzi kominek z trzaskającym drewnem, góralska muzyka, pyszne jedzonko i naprawdę nie trzeba nic więcej :)


Aż ciężko uwierzyć, że tyle czasu marnowaliśmy nie wiedząc, że są takie magiczne miejsca… decyzja o wyjeździe, choć nagła i nieplanowana, była najlepszą jaką mogliśmy podjąć.

przed wyjazdem w góry

Uwielbiam góry, byłam w ich pobliżu (i tu mam na myśli takie “pobliże” z którego je widać :) ) ostatni raz jakieś… 9 lat temu – dokładnie w 2001 roku w Karpaczu, kiedy to zahaczyliśmy nawet o Harrachovo i konkurs skoków narciarskich (Adaś wtedy nie wypadł najlepiej i była cała ta nieciekawa sprawa z rzucaniem śnieżkami w Hannavalda… pamiętny konkurs). Tak czy tak, dawno raczej to było, także teraz jedziemy odświeżyć znajomość z górami i mam nadzieję, że na troszkę chociaż śniegu się jeszcze załapiemy. Fanką chodzenia po górach nie jestem, ale po górskich knajpkach jak najbardziej :) w sumie to nawet rozważam możliwość założenia nart i może nawet pojechania na nich kawałek (moje ostatnie doświadczenia w tej dziedzinie nie są najciekawsze i choć zdecydowanie starsze niż 9 lat – niestety zbyt młode, żebym zapomniała :) ).

Na pewno wiele będzie do zwiedzania, jak to w nowym miejscu ale przede wszystkim (i od tego powinnam zacząć) jedziemy tam z Julcią na turnus rehabilitacyjny. Jedziemy dla odmiany do innego niż zwykle ośrodka, który zresztą jest stosunkowo nowy. Przez trzy lata, odkąd jeździmy na turnusy tylko raz byliśmy w innym miejscu, myślę, że taka odmiana od czasu do czasu jest potrzebna. Poza tym górskie powietrze, ze śniegiem czy bez – bezcenne, szczególnie dla nas mieszczuchów z północy :)

ps. mój mąż przeczytał felieton i generalnie stwierdził że jest jakiś smutny… może faktycznie miałam jakiś melancholijny nastrój, (a może nie powinnam słuchać “In the air tonight” jak go pisałam… :) )
nie chcę brzmieć smutno, zresztą nie takie było moje zamierzenie, więc obiecuję poprawę następnym razem :)

felieton debiutancki

Postanowiłam zapoczątkować nową tradycję na blogu – pisanie felietonów. Myślę, że blog jest i tak pewnego rodzaju zbiorem felietonów, takich luźnych, osobistych myśli niekoniecznie na konkretny temat, ale postanowiłam że może dobrze byłoby oddzielić tę specyficzną formę, bądź co bądź literacką, od reszty, chociażby po to, żeby ktoś komu nie będzie odpowiadał ten rodzaj ekspresji, widząc na blogu nagłówek “felieton”, mógł go skutecznie i bezpiecznie ominąć…

Potrzeba “wypisania się” w ten sposób nie pojawiła się oczywiście znikąd, wynika z faktu, że na mojej drodze stanęła niespodziewanie jakiś czas temu pewna osoba, taka z cyklu “a myślałam, że tak dobrze ją znam…” i dosyć skutecznie przemeblowała moje dotychczasowe wartości i priorytety, co nieco namieszało w naszym życiu… Ponieważ nie mogę dojść w tym wszystkim do ładu, a na wizyty u psychologa nie mam póki co ochoty, postanowiłam pójść po najprostszej linii oporu i mam nadzieję, że pozwoli mi na spojrzenie na wszystko z (malutkiego chociaż) dystansu.
Jest to o tyle ważne i trudne, że tą, nieznaną, jak się okazało, mi dotychczas osobą, jestem ja sama…

Tak więc jak na każdy debiut przystało, dam z siebie wszystko…i nie obiecuję, że będzie miało sens… (dopuszczalność “prześlizgiwania się po temacie” jest tym co mi najbardziej w definicji felietonu odpowiada…)

W życiu każdego przychodzi moment na bilans zysków i strat dotychczasowych osiągnięć (lub ich braku), moment w którym zastanawiamy się czy wszystko do tej pory ułożyło się po naszej myśli i konfrontujemy rzeczywistość z naszym wcześniejszym, nawet może jeszcze sięgającym niewinnego dzieciństwa, wyobrażeniem. Taka potrzeba pojawia się z różnych powodów, czasem nagłego i brutalnego uświadamiania sobie nieuchronności przemijania czasu (po 30 urodzinach najczęstsze, szczególnie u kobiet…) czasem jakiegoś mniej lub bardziej traumatycznego przeżycia, takiego które zmienia całkowicie podejście do wielu spraw, osób, w tym – do siebie samego. Stajemy przed lustrem i zastanawiamy się czy tak naprawdę znamy tę osobę po drugiej stronie?… Jakkolwiek trywialnie i oklepanie to brzmi, odpowiedź nie jest łatwa…
Przez wiele lat pisałam pamiętniki – przez większość podstawówki i przez praktycznie całą szkołę średnią. Dzielnie zapisywałam kartka po kartce, zeszyt po zeszycie, wklejając przeróżne, ważne dla mnie z różnych powodów, rzeczy, mające mi kiedyś przypomnieć ludzi i sytuacje.
Przez te parę lat pisania tylko raz zdobyłam się na odwagę żeby opisać siebie – zrobiłam taką autocharakterystykę – i choć z założenia nikt nie miał jej zobaczyć, i nie zobaczył zresztą, to i tak pamiętam, że okazało się, iż bardzo trudno być szczerym samemu ze sobą. Bo któż chce pisać o swoich wadach i obnażać słabości, w końcu mamy jakieś tam jeszcze szczątki instynktu samozachowawczego…
Nie wiem czy wtedy dobrze siebie znałam, wiem, za to na pewno, że teraz wyszły pewne braki merytoryczne… charakterystyka napisana teraz zawierałaby z pewnością zdecydowanie inny kaliber samooceny…
No ale przecież człowiek się zmienia (co 7 lat podobno…a ja już tych siódemek od ostatniej charakterystyki zaliczyłam ze dwie…) to normalne i oczekiwane nawet, co jednak jeżeli poznaje takie strony swojej osobowości które niekoniecznie mu służą ?… (innym też zresztą niespecjalnie). Nie są to może demony w stylu “Dextera” ale na pewno jest co poukładać… Otóż jeżeli jest co poukładać, to trzeba układać ile się da, a może poskładamy się znowu i wyjdzie z tego coś przyzwoitego?
Puzzle nigdy nie były moją mocną stroną, ale wiem jedno – im więcej jednolitych elementów, tym trudniej je złożyć, dlatego bądźmy różnobarwni, uczmy się siebie i nie bójmy zmian, ale pamiętajmy przy tym, że wszystko to ma sens tylko wtedy kiedy nie krzywdzimy przy tym innych…

Dzień Kobiet

Tu Tata Julci tym razem.
Chciałem z okazji Dnia Kobiet życzyć wszystkim Paniom spełnienia marzeń i zadowolenia ze swoich Panów na co dzień :) oraz w tym dniu (i nie tylko) co najmniej tylu pięknych kwiatów ile dostała moja ukochana mała kobietka córcia Juleczka! :)

serdecznie pozdrawiam wszystkie Panie!

Page 1 of 212