Witam wszystkich serdecznie
Jesteśmy właśnie na turnusie w Małym Gacnie, przyjechałyśmy w poniedziałek wieczorem i mamy nadzieję zostać dwa tygodnie. “Mamy nadzieję” jest w tym zdaniu stwierdzeniem kluczowym gdyż turnus zaczął się z przebojami – Julcia troszkę chorowała, ale okazało się, że to nie żaden wirus tylko chwilowa niedyspozycja, także pani doktor pozwoliła na turnus jechać. W każdym razie zanim się rozpakowałam poczekałam dwa dni żeby upewnić się, że z Julcią ok i możemy zostać. Teraz jest odpukać dobrze, Julcia ćwiczy bardzo ładnie, rehabilitanci ją chwalą, jest uśmiechnięta tylko troszkę zmęczona, ale ogólnie bilans póki co jest pozytywny
. Okazało się że Julcia doskonale radzi sobie z pełzaniem, co zresztą już zauważył Sebastian ćwicząc z nią na miejscu w Elblągu. Na turnusie do tej pory Julcia nie ćwiczyła pełzania, teraz, idąc za sugestią Sebastiana powiedziałam, żeby spróbowali, i jest bardzo fajnie, Julcia przebiera nogami i obraca ładnie główkę, bo dużo już wypracowała i nauczyła się w tym ćwiczeniu. Zawsze miło się słucha takich opinii, także oby jak najwięcej
Siedzę właśnie sobie w pokoju i czuję jak w całym ośrodku pachną rogale drożdżowe przez panie kucharki upieczone z okazji dzisiejszego święta Marcina czy czegoś takiego, pachną tak niesamowicie jak wyglądają i już nie mogę się ich doczekać! (to taka mała dygresyjka tylko
)
W miniony weekend byłam z koleżanką w Warszawie na kolejnym spotkaniu w ramach szkolenia z metod rehabilitacji w naszej Fundacji. Szkolenie było bardzo fajne i dowiedziałam się dużo nowych rzeczy, tym razem ze sfery działania psychologa i pedagoga, też logopedy po części. Nie obyło się też bez zajęć praktycznych z zakresu metody ruchu rozwijającego Weroniki Sherborne , także poturlaliśmy i pobujaliśmy się wzajemnie, pomasowaliśmy i pośpiewaliśmy sobie jak to bardzo się kochamy
Grupa już bardziej zintegrowana więc swobodnie czuliśmy się w swoim towarzystwie przez co było dużo śmiechu ale też częściej niż poprzednio dochodziło do wzajemnej wymiany poglądów i dyskusji na bardzo osobiste tematy. Było ciekawie i o ile pierwszy raz jechałam z dużymi wątpliwościami i w sumie zastanawiałam się czy się jakoś nie wykręcić, tak na drugie już czekałam z niecierpliwością, czeka nas jeszcze trzecie w grudniu, także mam nadzieję, że będzie równie fajne. Jak i poprzednio odwiedziłam trochę centrów handlowych, troszkę nawet udało mi się kupić nie tylko dla Julci tym razem
Damian spędził z Julcią kolejny weekend sam na sam, choć nie do końca bo w niedzielę byli na tradycyjnym obiadku u Babci i Dziadka. Poradzili sobie doskonale, choć nie bez przeszkód, no ale z dziećmi już tak jest
Póki co to na tyle, lecę na te rogaliki!!!
witam wszystkich
myślę sobie, że prowadzenie blogu jest pewnym zobowiązaniem do tego, by pisać często, coś jak swego rodzaju pamiętnik, choć oczywiście z racji swojej specyfiki, dużo mniej osobisty. Ponieważ pamiętników zapisałam wiele, w tym blogu też zamierzam być w miarę systematyczna
niestety (a może “stety”)w naszym życiu nie dzieje się aż tyle, aby zawsze było o czym pisać, ale spróbuję
wczoraj byliśmy z Julcią w Gdańsku u naszej pani neurolog, chociaż ze względu na to, że często do niej dzwonię jak coś się z Julcią dzieje (a ostatnio się nieco dzieje) to mam wrażenie, że ciągle jesteśmy na wizycie… byliśmy przy okazji umówieni na kontrolne (po roku) EEG, niestety spóźniliśmy się nieco i w rezultacie nie zrobiliśmy badania wcale, bo im dłużej czekaliśmy, tym Julcia była bardziej niespokojna, a wtedy badanie nie ma sensu… Ostatecznie u pani doktor ustaliliśmy kalendarz dawkowania nowego leku na najbliższy czas i teraz będziemy obserwować Julcię i mieć nadzieję, że lek jest trafiony.
dużymi krokami zbliża się kolejny, piąty już w tym roku turnus rehabilitacyjny (od 9 listopada), a wcześniej kolejne szkolenie w Fundacji, przez to szkolenie, na turnus pojedziemy dzień później ale zrobimy tak, żeby Julci nie przepadły żadne zajęcia.
W międzyczasie Julcia jeździ do przedszkola, dzielnie ćwiczy tam z Asią i ponieważ wsiada do zabierającego ją rano samochodu uśmiechnięta, wnioskuję, że generalnie spędza miło i wesoło czas :) Nie ma się co zresztą dziwić, ludzie którzy pracują w ośrodku to przesympatyczne i bardzo dobrze przygotowane do pracy z dziećmi niepełnosprawnymi osoby. Przecież fakt oddania dziecka na kilka godzin jest ze strony rodzica chyba najwyższym dowodem na zaufanie, także pozostaje się tylko cieszyć, że jest ktoś kto chce i potrafi się dzieckiem zająć
po południu nadal chodzimy na dodatkowe zajęcia o których juz pisałam. Julcia ćwiczy tam z Sebastianem, z którym ma zajęcia już w sumie ponad dwa lata i, choć przez ten czas bywało róznie, teraz jest w nim zakochana i wchodzi na zajęcia z szerokim uśmiechem. Narazie niewiele jest tych zajęć, ale ma się to podobno zmienić od listopada.
niespodziewanie dostałam (nieoficjalną jeszcze) propozycję pracy na umowę-zlecenie (jedyną możliwą w mojej sytuacji formę pracy) i mam niedługo iść się dowiedzieć szczegółów i zobaczyć czy w ogóle będą mnie chcieli… i czy będę mogła czasowo sobie na to pozwolić, bo w grę wchodzi tylko czas kiedy Julcia jest w przedszkolu a i ten czasem musi być naginany w tzw “nagłych sytuacjach”. Czy dostanę tę pracę czy nie, sama myśl o niej sprawiła że uświadomiłam sobie, jak bardzo cenię sobie swój wolny czas i jak bardzo mam poukładane już życie bez pracy i też czasu na nią… oczywiście przy Julci jest dużo pracy, zawsze coś się dzieje i też ciągle trzeba dla niej być i wszystko za nią lub z nią robić, ale przecież Rodzice w naszej sytuacji pracują obydwoje (nie często, ale jednak) i jakoś sobie radzą więc można… a ja tak się odzwyczaiłam… pracowałam 7 lat i bardzo lubiłam swoją pracę, wydawało mi się, że nie dałabym rady nie pracować na dłuższą metę, ale jednak 5 lat można już chyba nazwać “dłuższą metą” a mi nie tęskno… no ale praca na umowę zlecenie, która będzie prawdopodobnie polegać na wprowadzaniu danych do nowego systemu komputerowego, brzmi ciekawie i mam ochotę spróbować
no to narazie tyle
coś tam jednak napisałam
pozdrawiam wszystkich
dzień dobry
mamy kolejny jesienny dzień
jak widać humor mi dopisuje, choć może nie do końca wszystko jest tak jak byśmy chcieli…
Julcia już prawie tygdzień przyjmuje Topamax (ten nowy lek przeciwpadaczkowy) i jest jakby lepiej ale w sumie że jest dobrze, to powiedzieć nie można (mam nadzieję – jeszcze nie można). Ilość mniejszych napadów w ciągu dnia się znacznie zmniejszyła, ale pojawiły się w międzyczasie dwa “duże” (tak nazywam napady jakie Julcia ma w nocy, są dłuższe i wymagają z reguły podania wlewki ze środkiem który je przerywa…) z tego jeden przeszedł sam, także może jednak coś idzie w dobrym kierunku W poniedziałek jesteśmy umówieni na EEG i wizytę u neurologa więc będziemy myśleć co dalej.
Jak się okazało pospieszyłam się z entuzjazmem w sprawie błędnie zapisanych nazwisk w księgowaniu 1%… okazało się że to jeszcze nie koniec i że zostało bagatelka około 15.000 (nie pomyliłam ilości zer…) do przyporządkowania. No więc klikamy dalej
a wpisy są naprawdę niesamowite… nie wiem czy wpłacający tak wpisują czy może system który to zczytuje (bo myślę, ze takowy jest) robi to w dziwny sposób… niektórych nazw nie da się po prostu przyporządkować i wpłaty przepadają, także ważne jest aby wyraxnie pisać na picie imię i nazwisko dziecka i w odpowiedniej rubryce bo tylko ona jest zczytywana. Korzystając z tego blogu i jednocześnie bardzo baaaaaaardzo!!!!! dziękując za każdą wpłatę dla Julci bardzo proszę o zwracanie uwagi na wypełnianie PIT, bo naprawdę siedząc od dwóch tygodni nas rozszyfrowywaniem różnych wpisów (na szczęście nie Julci) jestem w lekkim szoku…moim ulubionym jest póki co “dla synka listonosza…” no i szukaj wiatru w polu… przy okazji pozdrawiam wszystkich dzielnych rodziców i opiekunów, którzy też dzielnie klikają już niezlizczoną ilość godzin
1. Od dwóch dni Julcia dostaje dodatkowy lek przeciwpadaczkowy (Topamax), póki co poprawy nie ma, ale z tymi lekami tak już jest, że zaczynają działać średnio po tygodniu, nie ważne, byle zaczęły…
2. Wygląda na to, że skończyła się nareszcie lista błędnie zapisanych imion i nazwisk przy wpłacie 1%. Chodzi o listę nazw, jaką kilkoro rodziców ( w tym ja) od mniej więcej dwóch tygodni dopasowuje przez internet, za pomocą specjalnego linku, do właściwych podopiecznych Fundacji, żeby przyspieszyć ich właściwe księgowanie. Dobrze jest móc pomóc a nie tylko czekać, także brawo dla administratorów za pomysł i umożliwienie nam tego. Ja już nic nie mam i widzę na forum, że inni też już kończą, może w końcu się to ruszy…
3. Dostałam dziś długo wyczekiwaną (od ostatniego turnusu) opinię dot. postępów (lub ew. ich braku) w rozwoju Julci. Chciałam ją ponieważ jeździmy już prawie trzy lata na turnusy, średnio 4, 5 razy do roku i dobrze jest poznać zdanie zajmujących się Julcią fizjoterapeutów, rodzice z reguły widzą albo za mało albo za dużo… obiektywna opinia jest lepsza, szczególnie, że jest mi teraz też potrzebna jako jako dokumentacja przebiegu rehabilitacji Julci. Mam już jedną z końca roku z przedszkola, dosyć szczegółowo rozpisaną w różnych aspektach rozwoju (społecznym, emocjonalnym, fizycznym, psychicznym itp…), a ponieważ turnusy stanowią istotny procent całej rehabilitacji, potrzebowałam też stamtąd. A otóż i ona:
Julia Nowacka lat 4, uczęszcza na turnusy rehabilitacyjne do Ośrodka Rehabilitacji i Hipoterapii “Neuron” sp. z o.o. w Małym Gacnie od lutego 2007 roku. U dziecka stwierdzono Mózgowe Porażenie Dziecięce, motorykę spontaniczną ubogą kkd i kkg, spastykę wyprostną, brak reakcji obronnych z kkg. Zlecono zabiegi rehabilitacyjne: ćwiczenia prowadzone z wykorzystaniem elementów z koncepcji NDT-Bobath, ćwiczenia rozluźniające, naprzemienności kkg i kkd, ćwiczenia równowagi i koordynacji ruchowej w “Pajęczynie”, masaż suchyklasyczny całego ciała, hipoterapię na wąskim kłębie, pionizację bierną oraz ćwiczenia czworakowania.
Julia dzięki ćwiczeniom osiągnęła znaczne rozluźnienie kkg i kkd,
poprawiła równowagę i koordynację ruchową. Utrzymuje się lepiej w pionowej osi ciała, wzmocniła mięśnie brzucha oraz mięśnie
przykręgosłupowe.
Zalecana jest kontynuacja ćwiczeń dla dalszej poprawy ogólnej sprawności fizycznej.
Moim zdaniem optymistycznie brzmiąca ocena, a takie lubimy
troszkę nie zaglądałam, więc muszę nieco nadrobić
w sumie to od ostatniego wpisu warto byłoby wspomnieć o dwóch sprawach: po pierwsze zaczęłam z Julcią chodzić na rehabilitację po południu, prywatnie, na bardzo fajną salę, zajęcia prowadzą fizjoterapeuci Julci bardzo dobrze znani i lubiani przez nią, więc jest zadowolona
Julcia ma zajęcia codziennie w przedszkolu, dochodzą jeszcze turnusy dlatego zdecydowałam się na to po dosyć długiej przerwie ( głównie ze względów finansowych, gdyż ciężko było znaleźć u nas dobrego terapeutę który może wystawić fakturę co dla mnie oznacza zwrot kosztów). Mamy dwie godzinki w tygodniu.
Po drugie w weekend byłam w Warszawie na szkoleniu zorganizowanym przez Fundację, do której Julcia należy. Zdecydowałyśmy się z koleżanką, gdyż tematyka była bardzo obiecująca – metody rehabilitacji, techniki i rodzaje masażu, podstawy terapii manualnej, odruchy, metody badania motorki i sensoryki i podstawy teoretyczne i praktyczne modnej ostatnio integracji sensorycznej. Czyli w skrócie wszytsko to co może wzbogacić naszą wiedzę o naszych dziewczynach i pracy z nimi (koleżanka też ma córeczkę). Zajęcia trwały w siedzibie Fundacji, od rana do wieczora z niewielkimi przerwami, prowadzili je terapeuci na codizeń pracujący z dziećmi, będący specjalistami w swoich dziedzinach. Muszę przyznać że po zapisaniu się już na szkolenie, im bardziej się zbliżało, tym miałam więcej wątpliwości, gdyż nigdy nie zostawiałam Julci na dłużej niż kilka godzin, a tu pełne dwa dni i to od nocy do nocy… Julci ostatanio nasiliły się napady padaczkowe, miała je co kilka dni, nawet kilka razy w tygodniu, a ma je w nocy, poza tym niewielkie drgawki pojawiają się również w ciągu dnia. Ja nawet jak z nią śpię nie zawsze obudzę się na czas jak ma atak, bałam się, że mąż będzie jeszcze mniej czujny… Do tego był problem z dojazdem, samochód odpadał, a pociągiem i autobusem nie było dobrego połączenia… no ale w końcu jakoś, co prawda kosztem spóźnienia się na pierwszą godzinę szkolenia, udało nam się dotrzeć pociągiem. Obawa o to, czy Damian poradzi sobie z Julcią była, jak się okazało, zupełnie nieuzasadniona, co prawda noc była dla nich ciężka, bo Julcia miała gorączkę ale na szczęście tylko jakąś chwilową, bo nic jej nie jest, Tatuś sobie doskonale poradził i dowiedziałam się o tym dopiero na drugi dzień po południu.
Ja tymczasem naprawdę dużo dowiedziałam się na zajęciach, zawsze w takich sytuacjach okazuje się, że mimo, że myślimy, że już wiem wszystko (albo przynajmniej dużo) na temat rehabilitacji, MPD (mózgowego porażenia dziecięcego) to jednak ciągle znajdzie się coś nowego, albo ktoś ma zupełnie nowe spojrzenie na to co już wiem i to daje dużo do myślenia. Czułam się jak uczeń czy student, notując podstawy anatomii i wypisując rodzaje odruchów (chociaż moje studia nie miały z tą tematyką nic wspólnego), ale było o wiele ciekawiej, bo tym razem wiedzę chłonęłam o wiele bardziej, gdyż dotyczyła mnie bezpośrednio. Mimo wielu godzin spędzonych na pisaniu i słuchaniu (przerywanych zajęciami praktycznymi) mogłabym tam siedzieć jeszcze dłużej bo wszystko było takie ciekawe i potrzebne. To naprawdę świetnie że takie szkolenia są organizowane, że ludzie chcą przyjśc i poświęcić swój wolny czas na przekazanie nam swojej wiedzy, bo przecież żadno z nas, rodziców dzieci niepełosprawnych, nie ukończył specjalnej szkoły nt choroby naszych dzieci, tego jak z nimi postępować i wiemy tyle ile sami zdołamy się wypytać i wygrzebać. Jest mnóstwo programów i gazet o tym jak poradzić sobie z niegrzecznym dzieckiem, jak zmienić pieluchę, jak kąpać niemowlaka i jak radzić sobie z przeziębieniami… a dla nas niewiele, głównie szczątkowa literatura “branżowa” i tyle, z resztą radzimy sobie sami, głównie wymieniając doświadczenia, co takie szkolenie doskonale ułatwia gdyż to super okazja na poznanie nowych ludzi z podobnymi problemami.
Każdy z tematów szkolenia był przedstawiony w bardzo ciekawy i przystępny sposób, prowadzący niestrudzenie i cierpliwie odpowiadali na nasze pytania, których, jak można sobie wyobrazić, było mnóstwo, przez co nieco wydłużył się czas który był w programie
nawet obiad jedliśmy w trakcie wykładu bo szkoda nam było czasu na przerwę
Ten wyjazd to też kilka, nie związanych z tematyką szkolenia bonusów:
- zobaczyłam, że nie jestem niezastąpiona przy Julci, co jest zarówno dla mnie jak i dla Damiana bardzo pożytecznym doświadczeniem
- miałam okazję pozwiedzać galerie i centra handlowe w swoim tempie a to dopiero jest relaksik, jak nie trzeba się nigdzie spieszyć i Julcia nie płacze w wózeczku przy każdym dłuższym postoju w sklepie
(oczywiście kupiłam parę rzeczy tylko dla Julci
)
- spędziłam miły wieczór w miłym towarzystwie w bardzo fajnych lokalach, a to zdarza mi się niezmiernie rzadko gdyż nie mamy z kim zostawić Julci jak chcemy wyjść gdzieś wieczorkiem z mężem (moi bracia są jedynymi, którzy nie boją się i chętnie z nią zostają (buziaczki dla Was chłopaki!
) ale oni rzadko mają czas i też rzadko są na miejscu…) a teraz mogłam się nieco zrelaksować i nie musiałam spieszyć się do domu o 20.00 żeby położyć Julcię spać
- pierwszy raz od czasów chyba studenckich jechałam pociągiem
- byliśmy zakwaterowani w naprawdę super hotelu z przepysznym śniadankiem
- miałam okazję zoabczyć jak wygląda i działa Fundacja oraz poznać ludzi, z którymi rozmawiam tylko przez telefon
Szkolenie składa się z trzech spotkań raz w miesiącu (trzech weekendów) także jeszcze dwa przede mną, może na następne wezmę aparat, bo teraz nie mam zadnych zdjęć…
no więc przyszła jesień…
przynajmniej kalendarzowo, bo pogoda jeszcze się dokładnie nie zdeklarowała
w każdym razie to bardzo dobry czas na niedzielne spacerki w słonecznym, ale już powoli pokrywającym się kolorowymi liśćmi, parku. Ponieważ nie ma u nas takiej opcji, żeby na spacerek wyruszyć bez aparatu, mam kilka zdjątek Julci na placu zabaw
na zdjęciach co prawda tego nie widać, ale była tam jedna dziewczynka która bardzo przejmowała się tym, że Julcia zaczęła płakać (a zaczęła bo przestraszyła się chłopca który skoczył niedaleko nas z drabinki) i strasznie próbowała ją pocieszyć… opowiadała jak to ona bała się kiedyś pszczoły ale już się nie boi i (przekonana, że to jest przyczyną płaczu Julci) tłumaczyła jej że naprawdę nie ma się czego bać
naprawdę przesłodko to wyglądało
dzieci są bardzo wylewne i bezpośrednie, najczęściej to one (często bezskutecznie powstrzymywane przez rodziców) pytają nas dlaczego Julcia siedzi w wózeczku mimo, że jest już taka duża, są szczerze ciekawe i należy tą ciekawość zaspakajać, dlatego zawsze staram się jak najprościej dla nich wytłumaczyć co i jak.
W sobotę (26 września) mieliśmy takie tu sobie małe lokalne święto chleba i postanowiliśmy przejść się i popatrzeć cóż tam ciekawego mają do pokazania. Było bardzo wesoło i kolorowo, Julcia miała okazję pierwszy raz w życiu spróbować waty cukrowej i się przy okazji przekonać, że zupełnie jej nie smakuje
za to chleb wypiekany przez jednostkę wojskową był zdecydowanie bardziej w jej guście
Ale cóż tu dużo mówić, myślę, że najlepiej pokażą to zdjęcia
Cały czas piszę o tym jak to Julcia dzielnie i ciężko ćwiczy, ale przecież to nie wszystko, owszem to najważnieszy aspekt ale nie jedyny, co zamierzam właśnie niniejszym udowodnić zamieszczając zdjęcia tzw. kulturalno-rozrywkowe
a tych ci u nas dostatek
, szczególnie, że właśnie minęły wakacje
(tak tylko chciałam przy okazji dodać, że każde zdjęcie jakie zamieszczam powiększa się po kliknięciu na nie
)
byliśmy nad morzem i Julcia pierwszy raz nie bała się pochlapać w wodzie, wcześniej kontakt z taką zimną wodą kończył się zaraz płaczem (a mówiąc kontakt mam na myśli leciutkie dotknięcie wody paluszkiem od nóżki…
) teraz troszkę nawet się zanurzyła
tutaj już nad jeziorkiem
woda była nieco mniej zimna niż morska, ale i tak byliśmy zdziwieni, że Julcia nie miała nic przeciwko zanurzeniu się do pasa
nawet ja miałam opory…
ale przy takiej świetnej zabawie z Tatą nie straszna Julci była zimna woda
jak widać drapieżnych zwierząt też nie zabrakło ale cóż to dla nas taki rekin!
razem z rodzinką w Konstancina zwiedzaliśmy też Elbląg i okolice i muszę się przyznać, że w wielu miejscach byłam pierwszy raz – jak to mówią” cudze chwalicie a swego nie znacie” i naprawdę coś w tym jest

a tu
już bardziej zorganizowana imprezka – urodzinki Julci kolegi – Mateusza
coś ostatnio nie zaglądałam, bo też i niewiele się ciekawego dzieje, jak to w życiu czasem bywa
myślałam, że skoro przez dobrych parę lat pisałam pamiętnik w szkole podstawowej a i nawet zahaczyłam o liceum, to będzie mi się tu łatwo pisało nawet i o niczym, a jednak nie jest tak różowo… starzeję się czy coś…
no ale jak już zaczęłam to może jednak coś napiszę, bo też tak całkiem nic to się nie dzieje…
tak więc – Julcia wróciła do przedszkola i jest przeszczęśliwa, co, jednak mimo wszystko nieco dziwi, bo po dłuższych przerwach z reguły bywało ciężko, a tu proszę, niespodzianka!
byłyśmy dzień wcześniej razem odwiedzić przedszkole, żeby się oswoiła i było przemiło, wszyscy się za Julcią stęsknili a i Julcia naprawdę szczerze cieszyła się na widok wszystkich i każdego z osobna. Chciałam żeby przez kilka dni jeszcze została z nami w domciu żeby odpoczęła po turnusie, miała też lekki katarek, ale w sumie mijał już i skoro tak się ucieszyła to od razu na drugi dzień poszła do dzieci
Odkąd zaczęłam prowadzić ten blog, piszą do mnie zdziwieni znajomi, znający mój profil na naszej klasie, że na zdjęciach tam zamieszczanych nie widać, żeby Julcia była chora i są bardzo poruszeni naszą sytuacją i też przy tym zdziwieni. Z tymi zdjęciami to jest tak, że ciężko, żeby było na nich widać, że Julcia nie siedzi samodzielnie, nie chodzi czy nie umie mówić… zdjęcia z ćwiczeń w sumie mogą dać do myślenia ale też niekoniecznie. Można byłoby zauważyć, że na żadnym zdjęciu nie jest sama, że zawsze ją ktoś trzyma albo siedzi na wózku, ale w sumie wygląda to całkiem naturalnie. W sumie nawet idąc po ulicy z Julcią w wózku spotykałam się z komentarzami typu: “taka duża a w wózku” albo ” a nóżek to dziewczynka nie ma?…” czy “pewnie wolałaby sobie pobiegać” (w kontekscie – a wredna matka jej nie pozwala…) Także myślę, że dobrze się stało, że mam możliwość dokładnego opisania naszej sytuacji, bo przecież to, że Jucia jest chora nie musi oznaczać, że nie może na zdjęciu wyglądać jak każde dziecko w jej wieku. Nie musimy przecież i nie chcemy nic nikomu udowadniać.
Byłam z Julcią na pobraniu krwi i była bardzo dzielna
wzdrygnęła się może nieco przy ukłuciu ale potem z niemałym zainteresowaniem wpatrywała się w strzykawkę zapełniającą się krwią a nadmienię tu że było sporo krwi do pobrania bo do trzech badań… robiłyśmy próbę wątrobową, badanie nasycenia krwi lekiem przeciwpadaczkowym i OB. Panie pielęgniarki stały w pogotowiu żeby trzymać rękę w razie jakby się wyrywała, ale nie było takiej potrzeby
ja zwykle nie patrzę na strzykawkę przy pobieraniu krwi, ale jak Julcia tak się wpatrywała to głupio mi było odwrócić wzrok … cóż trzeba brać przykład z dziecka
Turnus minął bardzo szybko, Julcia wróciła zmęczona ale szczęśliwa (przy tym nieco przeziębiona dlatego nie poszła narazie do przedszkola), mi humor też dopisuje bo jak tu nie być w dobrym nastroju jak nasi siatkarze, nasze kochane chłopaki, dostarczyli nam ostatnio tak niesamowitych emocji!
Przez cały turnus dzielnie oglądałyśmy z Julcią wszystkie mecze (nieco się przez to spóźniałyśmy na kolacje, no bo któż mógł przewidzieć, że zamiast 3 setów będzie czasami 5…) Ja kibicem siatkówki jestem od dawna, zdarzyło mi się nawet być na kilku meczach na żywo, Julcia z konieczności też zaczeła oglądać i coraz bardziej jej się to podoba
Finał Mistrzostw Europy sobie “wypłakała” bo położyłam ją spać i za nic nie chciała zasnąć, płakała tak długo, że w końcu musiałam ją wziąć do siebie do pokoju i oglądała z nami mecz do końca, co od ręki ją uspokoiło
moja krew!
Po powrocie z turnusu udało się jeszcze Julci spotkać z Dziadkiem Wiesiem, moim Tatą, który pracuje na stałe w Anglii i przyleciał na dwa tygodnie. Jak zwykle Julcia była zachwycona i zadowolona zabawami i wariacjami z Dziadkiem który wychodził z siebie żeby było wesoło
a jak widać na zdjęciach – z Dziadkiem i Babcią zawsze wesoło


